Znajdował się tam od pięciu minut zaledwie, gdy zjawił się ksiądz Szablisty, niosąc wino, chleb i trochę zimnego mięsiwa.

— Mój gość śpi jeszcze — rzekł, częstując młodzieńca. — Skorzystałem z tego, aby przynieść ci ranny posiłek, mości... Jakże mam pana nazywać?

— Jakżeby inaczej, jeśli nie moim własnym nazwiskiem: Castillan!

— A tamtego?

— Tamtego wypada mianować samozwańcem, gdyż jest nim w samej rzeczy.

— Wstrzymajmy się w tej chwili od wszelkich sądów. Wkrótce już wszystko ostatecznie się wyjaśni.

I pozostawiając Castillanowi osobiste załatwienie się z obfitym śniadaniem, ksiądz Jakub powrócił do plebanii przez małe podwórko, pełne kur i kaczek.

XXXII

Ben Joel był już na nogach i oczekiwał księdza w jadalni.

— Jakże się waści spało? — spytał uprzejmie gospodarz.