Przy wieczerzy proboszcz, który również wiele rozmyślał o wypadkach tego dnia i podobnie jak Ben Joel nakreślił sobie plan działania, rzekł obojętnie do gościa:

— Przyjacielu Castillanie, dziś, jeśli pozwolisz, udamy się wcześniej na spoczynek. O świcie muszę być na nogach, czeka mnie bowiem wczesna msza w kościółku. Waść jednak będziesz mógł wysypiać się choćby do południa.

— Skorzystam z pozwolenia — odrzekł z uśmiechem Cygan. — A teraz, jeśli dobrodziej chce odejść, proszę nie robić żadnych ze mną ceremonii.

— O, nie śpieszy mi się znów tak bardzo, abym nie mógł przed odejściem poczęstować waści kieliszkiem wódki miejscowego wyrobu. Nie jest ona dobra jak ta, którą wyrabiają w Cognac, ale waść znasz przysłowie: w braku jegomości...

— Dobry i pan podstarości — dokończył wesoło Ben Joel.

Po wypiciu małego kieliszka proboszcz pożegnał gościa, pozostawiając go na opiece gospodyni.

W jakiś czas później Cygan, w przekonaniu, że ksiądz zasnął już twardo, wziął świecę i udał się do swego pokoju.

Przechodząc mimo sypialni proboszcza, zauważył, że klucz nie tkwił jak zwykle w zamku. Nacisnął klamkę i spróbował otworzyć drzwi.

Stawiły opór.

Spróbował raz jeszcze i przekonał się, że były od środka zaryglowane.