— Mniejsza o to, bylebym nie spóźnił się.

— Proszę wejść — rzekł Rinaldo. — Ty zaś, przyjacielu — zwrócił się do wieśniaka, wciskając mu w rękę złoty pieniądz — bądź łaskaw zająć się moim koniem. Widziałem niedaleko stąd jakąś opuszczoną szopę, będzie mu tam dobrze. Trzeba go tylko rozkiełznać i napoić.

— Zrobi się wszystko jak najlepiej — oświadczył wieśniak, olśniony hojnością nieznajomego.

I odszedł, pozostawiając księdza sam na sam ze zbójem.

Proboszcz bez żadnej obawy wstąpił do chaty.

Przy niepewnym światełku lampy widać było nieruchome ciało Cygana, spoczywające na posłaniu z liści.

Czarne gęste włosy zasłaniały mu górną połowę twarzy, reszta niknęła pod naciągniętym wysoko płaszczem. Widoczne były tylko ręce, leżące na wierzchu i gotowe do pochwycenia ofiary.

W ciemnicy tej ksiądz Jakub zaledwie rozróżniał przedmioty.

Rinaldo wskazał mu łoże.

— Oto ten nieszczęśliwy, księże dobrodzieju.