— Wybornie — rzekł do siebie Ben Joel. — Od razu trop zgubili. Mogą sobie teraz pędzić na koniec świata, jeśli im się podoba.
Jakkolwiek dręczony głodem i przejęty na wskroś wilgocią, nieprędko odważył się wyjść z kryjówki.
Nareszcie około południa pogoń zjawiła się z powrotem i pocwałowała do zamku. Nie powrócili jednak wszyscy; Ben Joel dojrzał tylko hrabiego i jego służbę.
— Otóż i pościg skończony — rzekł Cygan. — Jedni zmęczyli się i wracają odpoczywać, drudzy pojechali prosto do Paryża. Mogę już wyjść bez obawy.
Otrząsnął zmoczoną odzież i szybkim krokiem puścił się w ślad za Sawiniuszem i jego towarzyszami.
Nie było wszakże jego zamiarem odbywać tę drogę pieszo.
Obiecywał sobie, że niebawem nastręczy mu się sposobność zdobycia dobrego konia oraz tak potrzebnych w drodze pieniędzy.
Nad wieczorem, wyszedłszy z jakiejś chaty podróżnej, gdzie wyżebrał kieliszek wina i kawałek chleba, bez których nie byłby już w stanie iść dalej, spotkał na drodze handlarza koni, który prowadził sześć przepysznych rumaków.
— Otóż mam, czego mi trzeba — rzekł do siebie.
— Hej, przyjacielu! — krzyknął na handlarza.