— Już jutro? To być nie może!

— Może być i być musi. Nie mogę tu przecie mieszkać. To było dobre w pierwszej chwili po przyjeździe; teraz już jednak wypada mi wracać do swoich.

— Gdzież oni są? — zapytał Sulpicjusz z pewnym niepokojem.

— Zapewne w Paryżu. Gdym opuszczała towarzystwo nasze w Orleanie, dyrektor mówił mi, że zamierza na najbliższy jarmark przybyć do stolicy.

— Czy ten rodzaj życia nęci cię jeszcze, Maroto?

— A jakiż inny może z nim się równać pod względem wesołości i swobody?

— Ależ, mała niewdzięcznico! — szepnął Castillan, ujmując rękę dziewczyny i silnie ją ściskając — czyś zapomniała, że cię kocham!

— I ja kocham cię — odrzekła tancerka z uśmiechem na ustach — i spodziewam się, że o tym nie wątpisz!

— Jakże nie mam wątpić, skoro mówisz, że mnie porzucisz! Ach! Maroto, będziesz przyczyną mojej śmierci!

— Cóż chcesz zatem, abym zrobiła?