Na stole, przy którym siedział starosta z trzema towarzyszami, rozpostarty był wielki arkusz papieru. Na tym papierze Jan de Lamothe nakreślił figury astronomiczne i z palcem wspartym na swym dziele, z okiem rozpłomienionym, ciągnął swój wykład, zdając się nie dostrzegać znużenia słuchaczów.
Tym razem wybrał on za cel krytycznych pocisków Cyrana de Bergerac, twórcę teorii, które według niego groziły wywróceniem całego porządku świata. Przedmiot ten, jak się zdaje, silnie zagrzewał jego wyobraźnię, gdyż w zapale rozprawiania nie spostrzegł się nawet, jak głos jego, przekroczywszy rejestr tonów średnich, dostał się między tony najwyższe i — najpiskliwsze.
— Nie inaczej, panowie! — wykrzyknął, unicestwiwszy ostatnim, najsilniejszym argumentem swego fikcyjnego przeciwnika, gdyż Cyrana tam nie było — człowiek, który ośmiela się zaprzeczać prawom tak oczywistym, zasługuje, aby go spalono żywcem na publicznym placu.
— Ech, ech! — zauważył dobrotliwie margrabia — także to waszmość traktujesz naszego przyjaciela Cyrana? I cóż on ci wreszcie zrobił?
— Co zrobił? Ależ to szalona pałka! Umysł najprzewrotniejszy24 w świecie! Sługa i sprzymierzeniec czarta!
— Ja, co najwyżej, poczytałbym go za narwanego.
— Powiedz pan raczej: za najniebezpieczniejszego pod słońcem furiata — oburzył się starosta.
I zaraz dodał tonem miażdżącym oponenta:
— Alboż nie strzeliło mu do głowy twierdzić, że Księżyc jest zamieszkany?
— Herezja, mości starosto, herezja! — rzekł margrabia, powstrzymując śmiech.