— Uważaj pan dobrze — wyrzekł głosem nosowym. — To małe kółko przedstawia Księżyc, to drugie Ziemię, a ja... ja wyobrażam Słońce.
— Wcale skromna rola... — mruknął de Faventines między dwoma nieznacznymi ziewnięciami.
Po tym wstępnym objaśnieniu uczony przystąpił do rzeczy. Podczas gdy rozwijał z największym zapałem swe teorie, popierając je krzykliwymi argumentami, drzwi salonu otworzyły się z wolna i wszedł Cyrano de Bergerac.
Margrabia milczącym znakiem wskazał przybyszowi zacietrzewionego mędrca, młodzieniec zatem, przywitawszy Gilbertę i jej matkę i ująwszy pod ramię Rolanda, zbliżył się do stołu, który przez uczonego starostę zmieniony był chwilowo w trybunę.
Jan de Lamothe nie domyślał się obecności wroga stojącego nieruchomo za jego fotelem.
— Ergo25, kochany margrabio — kończył swą rozprawę — Cyrano de Bergerac jest oszustem, albowiem Ziemia nie obraca się i obracać nie może, gdyż jest płaska, jak tego dowiódł znakomity Jan Grangier.
— Otóż właśnie obraca się — wyrzekł w tej chwili mocnym głosem Cyrano — na powierzchni zaś jej nie ma z pewnością nic bardziej płaskiego nad pańskie dowodzenia.
Starosta przechylił się gwałtownie na bok, jakby nad uszami zagrzmiała mu trąba Sądu Ostatecznego.
— A! — wykrztusił wreszcie, gdy go trwoga ominęła — to pan zarzucasz mi nieprawdę?
— Tak, ja — odrzekł, śmiejąc się, poeta. — Gotów też jestem natychmiast dowieść tego, jeśli pan zechcesz mnie wysłuchać i jeśli damy zezwolą.