— Trochę muszą też studiować — odpowiedziała Maryla z uśmiechem.
— Bardzo mało — skonstatowała pani Małgorzata17. — Spodziewam się jednak, że Ania będzie się uczyła. Nigdy nie była flirciarką. Ale nie docenia ona Gilberta, o to właśnie idzie. O, ja znam dziewczęta! Karol Sloane także za nią biega, ale nigdy bym jej nie radziła poślubić żadnego Sloane’a. Sloane’owie są oczywiście poczciwymi, rzetelnymi, czcigodnymi ludźmi, ale mimo wszystko pozostają zawsze Sloane’ami.
Maryla skinęła głową. Osobie obcej skonstatowanie, że Sloane’owie są Sloane’ami niewiele by powiedziało, ale ona zrozumiała. Każda wieś ma taką rodzinę. Poczciwymi, rzetelnymi, czcigodnymi ludźmi mogą być, ale Sloane’ami są i będą, choćby mówili językami ludzkimi i anielskimi.
Gilbert i Ania, szczęśliwie nieświadomi, że przyszłość ich w ten sposób zadecydowana została przez panią Małgorzatę, wałęsali się wśród cieniów Lasu Duchów. W dali połyskiwały zżęte wzgórza w promieniach zachodzącego słońca pod bladym, różowo-błękitnym niebem. Długie cienie drzew w alei sosen odgraniczały wyżej położone łąki. Lekki wiatr świszczał wokół nich, w odgłosie jego brzmiała nuta jesieni.
— Ten las rzeczywiście jest teraz pełen duchów... starych wspomnień — rzekła Ania, schylając się, aby zerwać źdźbło paproci, wyblakłe od chłodu. — Mam wrażenie, jakby dwie małe dziewczynki, Diana i ja, bawiły się tu jeszcze ciągle, siedząc o zmroku nad Fontanną Driad na schadzce z duchami. Czy uwierzysz, że nie mogę nigdy przejść tą drogą, aby nie odczuć odrobiny dawnego dreszczu i lęku? Stworzyłyśmy sobie pewną szczególnie przeraźliwą zjawę: był to duch zamordowanego dziecka, który skradał się do człowieka z tyłu, kładąc swe zimne palce na jego rękach. Przyznam, że do dzisiejszego dnia nie potrafię pozbyć się złudzenia, że słyszę za sobą te małe, szybkie kroczki, gdy wchodzę tu po zapadnięciu zmroku. Nie lękam się Białej Pani ani człowieka bez głowy, ani szkieletów, ale pragnęłabym, abym sobie była nigdy nie wyobraziła istnienia tego dziecka. Jakże się Maryla i pani Barry gniewały o to — zakończyła Ania ze śmiechem.
Poprzez drzewa okalające bagno przeświecało purpurowe niebo; dokoła snuło się babie lato. Za grupą nagich sosen, w rozgrzanej od słońca dolince otoczonej klonami znaleźli owo „coś”, czego szukał Gilbert.
— A, oto jest! — zawołał młodzieniec z zadowoleniem.
— Jabłoń... w takim ustroniu! — wykrzyknęła Ania z zachwytem.
— Tak, prawdziwa rodząca jabłoń, tutaj, pomiędzy sosnami i bukami, o milę od najbliższego sadu. Byłem tu pewnego dnia wiosną i zastałem ją ubieloną od kwiecia. Postanowiłem więc powrócić jesienią, aby się przekonać, czy będzie miała jabłka. Patrz, ugina się pod owocem. I jabłka wydają się nawet dobre, rumiane, z ciemnymi policzkami. Większość dzikich płodów bywa zielona i nieapetyczna.
— Przypuszczam, że jabłoń ta musiała przed laty wyrosnąć z przypadkowo zgubionego nasienia — rzekła Ania z zadumą. — I jak to dzielne, zuchwałe drzewko wyrosło tu, rozwinęło się, samotne pośród obcych!