Jaś podrósł także. Miał szesnaście lat, a kasztanowe jego loki ustąpiły miejsca ciemnobrunatnym. Interesował się teraz bardziej piłką nożną niż bajkami. Ale węzeł między nim a jego byłą nauczycielką trwał jeszcze. Pokrewne dusze nie zmieniają się przy zmieniających się latach.

Był dżdżysty, posępny wieczór lipcowy, gdy Ania powróciła na Zielone Wzgórze.

— Czy to Jasio odprowadził cię do domu? — zapytała Maryla. — Dlaczego nie zatrzymałaś go na noc? Zanosi się na straszną niepogodę.

— Zdąży do Chatki Ech, zanim się rozpada. Chciał koniecznie wracać. Spędziłam tam wspaniały czas, ale cieszę się, że znowu was widzę. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Tadziu, widzę, że znowu urosłeś?

— O cały cal55! — odpowiedział Tadzio dumnie. — Jestem teraz akurat tego wzrostu co Emilek Boulter. Jakże się z tego cieszę! Teraz nie będzie się już mógł przechwalać, że jest wyższy! Ale co to chciałem powiedzieć! Aniu, czy wiesz, że Gilbert Blythe umiera?

Ania stała spokojnie i nieruchomo, spoglądając na Tadzia. Twarz jej pobladła tak, że Maryla pomyślała, iż Ania zemdleje.

— Tadziu, nie gadaj głupstw! — rzekła pani Małgorzata gniewnie. — Aniu, nie przejmuj się tak, nie przejmuj się tak! Nie mieliśmy zamiaru powiedzieć ci tego tak nagle.

— Czy... to... prawda? — zapytała Ania nieswoim głosem.

— Gilbert jest bardzo chory — rzekła pani Linde poważnie. — Zaraz po twoim wyjeździe do Chatki Ech zachorował na tyfus. Czy nic o tym nie słyszałaś?

— Nie — odpowiedział ów obcy głos.