Fila wstała w milczeniu, odrzuciła pudełko od czekolady, podeszła do Ani i otoczyła ją ramionami.

— Aniu, pragnęłabym być taka jak ty — rzekła poważnie.

*

Następnego wieczora Diana powitała Anię na dworcu w Carmody i razem pojechały do domu pod cichym, usianym gwiazdami mrokiem nieba. Zielone Wzgórze wyglądało bardzo uroczyście, gdy wjeżdżały na drogę. W każdym oknie było światło, którego blask przebijał się przez ciemności, niby płomiennie czerwone kwiaty na ciemnym tle Lasu Duchów. Na dziedzińcu płonęło wspaniałe ognisko powitalne, dokoła niego tańczyły dwie małe postacie, z których jedna wydała nieludzki okrzyk, gdy bryczka wjechała pod topole.

— Tadzio uważa to za okrzyk wojenny Indian — rzekła Diana. — Nauczył go tego chłopiec najęty przez pana Harrisona. Dotychczas ćwiczył się, żeby cię nim powitać. Pani Linde powiada, że krzykiem tym doprowadza jej nerwy do obłędu. Wdrapuje się na jej plecy, a potem wydaje swój okrzyk. Uparł się, że rozpali też dla ciebie ognisko powitalne. Przez dwa tygodnie znosił suche gałęzie i zanudzał Marylę, aby pozwoliła mu nalać na nie przed zapaleniem trochę nafty. Po zapachu poznaję, że musiała mu pozwolić, chociaż pani Linde twierdziła do ostatniej chwili, że Tadzio, gdyby mu na to pozwolono, wysadziłby w ten sposób siebie i innych w powietrze.

Tymczasem Ania wysiadła z bryczki, a Tadzio z zapałem objął jej kolana; nawet Tola przywarła do jej ręki.

— Czy to nie wspaniały ogień powitalny, Aniu? Czekaj, pokażę ci, jak się go roznieca. Widzisz te iskry? Zrobiłem to dla ciebie, bo tak się cieszyłem, że wracasz do domu.

Drzwi kuchni otworzyły się i ukazała się w nich drobna postać Maryli. Wolała spotkać się z Anią w mroku dziedzińca, gdyż lękała się, że się rozpłacze z radości — ona, zawsze tak sztywna Maryla, która wszelkie silniejsze uczucie uważała za rzecz niemożliwą. Pani Linde stała za nią, łagodna i macierzyńska jak dawniej.

Miłość, o której Ania mówiła do Fili, czekała na nią, otoczyła ją i spowiła w swoje błogosławieństwo i słodycz. Nic się teraz nie mogło równać ze starymi więzami i starymi przyjaciółmi na starym, dobrym Zielonym Wzgórzu! Jak gwiaździste były oczy Ani, gdy zasiedli do zastawionego stołu, jak różowe jej policzki, jak srebrny jej śmiech! I Diana miała u niej pozostać przez całą noc. Jakże to było podobne do drogich, dawnych czasów! A serwis z różanymi pąkami upiększał stół! Dalej nie mogła się posunąć wrodzona siła Maryli.

— Będziecie teraz pewnie z Dianą gadały przez całą noc — rzekła Maryla z uśmiechem, gdy dziewczęta wchodziły na górę.