— Przekonasz się o tym, zanim odejdziemy — rzekła Diana znacząco. — Ojciec powiada, że ma ona twarz jak siekiera: przecina powietrze. Ale język ma jeszcze ostrzejszy.
Mimo późnej godziny ciotka Atosa obierała jeszcze kartofle w kuchni Wrightów. Siwe jej włosy były potargane. Ciotka Atosa nie była w humorze.
— A, to ty jesteś Anią Shirley — rzekła, gdy Diana przedstawiła Anię. — Słyszałam o tobie. — Z tonu jej można było wywnioskować, że nie słyszała nic dobrego. — Pani Andrews mówiła mi, że wróciłaś do domu. Powiada, że bardzo się udoskonaliłaś.
Bez wątpienia miała ciotka Atosa na myśli, że udoskonalenie Ani pozostawiało jeszcze wiele do życzenia. Nie przestawała energicznie obierać kartofli.
— Czy ma to jakiś sens, prosić was, żebyście usiadły? — zapytała ironicznie. — Oczywiście nie ma tu dla was nic zajmującego. Wszyscy wyszli.
— Matka przysyła tę miseczkę powideł — rzekła Diana. — Zrobiła je dzisiaj.
— O, dziękuję bardzo — rzekła ciotka Atosa kwaśno. — Nie mam wielkiego zaufania do powideł twojej matki: zawsze je robi za słodkie. Ale postaram się je zjeść. Tej wiosny miałam niezmiernie mały apetyt. Nie czuję się za dobrze — ciągnęła ciotka Atosa uroczyście — ale trzymam się jeszcze roboty. Ludzie, którzy nie potrafią pracować, są tutaj niepotrzebni. Czy będziesz może łaskawa wstawić te powidła do spiżarni? Śpieszę się, żeby ugotować jeszcze dzisiaj te ziemniaki. Wy, moje panienki, nigdy pewnie takiej roboty nie spełniacie. Obawiałybyście się chyba zepsuć sobie ręce.
— Dawniej często obierałam kartofle — uśmiechnęła się Ania.
— Ja to jeszcze robię! — rzekła Diana. — W zeszłym tygodniu trzy razy obierałam kartofle. Naturalnie wymoczyłam potem ręce w soku cytrynowym i włożyłam skórzane rękawiczki.
Ciotka Atosa parsknęła.