Ktokolwiek beł, tak dobrze wyraził jej rękę.

115

Mając tej kęs nadzieje i słabej otuchy,

Zagrzewa w sobie trochę oziębione duchy

I wsiada utrapiony na Bryliadora,

Kiedy mroki spadały ciemnego wieczora.

Jedzie dalej i ujźrzy z dachów dymy gęste,

Kurzące się i słyszy psów szczekanie częste

I ryk krów, co się z paszy do domu wracały,

I jedzie do noclegu, smętny i zbolały.