Przechodząc koło sklepu z zabawkami, kupiłem dla Jasia pałasz, dla Zosi i Franka—łamigłówkę. Toż będzie uciecha!...

Kiedy w końcu dostałem się do swego mieszkania i zadzwoniłem, zdziwiłem się, bo długo kazano mi czekać. Czyżby wyszli? Zadzwoniłem raz, drugi. Po chwili dopiero otworzono. Ani światła w przedpokoju, ani dzieci nie widzę, tylko słyszę z kuchni lament i płacz. »Co się stało?«—zapytałem przestraszony.

—Hektora tramwaj przejechał i dzieci tak po nim lamentują.

Odetchnąłem lżej, choć psa żal mi było bardzo, bo dziewięć lat był u mnie i do dzieci się przywiązał. Wszedłem do kuchni. Na ziemi leży Hektor z otwartym brzuchem i połamanemi nogami; dzieci nad nim szlochają, a żona napróżno stara się je pocieszyć, bo widzę, że sama zmartwiona i gdyby nie dzieci, też by się rozpłakała.

Dzieci nawet nie zwróciły na mnie uwagi; zbyt były zajęte swym bólem.—Zły byłem, że mi się popsuła cała przyjemność, które; się spodziewałem. Psa mi też żal było: dziewięć lat trzymać zwierzę, to można je prawie pokochać.

—Weźże dzieci; to nie dla nich widok, rzekłem do żony. Przemocą prawie trzeba je było wyprowadzić. Słyszałem przez drzwi, jak płakały.

Pochyliłem się nad Hektorem, chcąc zobaczyć, czy nie możnaby go uratować. Żył jeszcze; widocznie bokiem na szyny upadł, bo obie tylne nogi były w kilku miejscach złamane i brzuch miał rozpłatany brzegiem koła, i trzewia przecięte zupełnie prawie z jamy brzusznej wypadły; krwi naokoło wylała się kałuża. Dotknąłem go ręką; drgnął, lecz już nie jęknął wcale. Nie ma co myśleć o ratunku. I żal mi się go zrobiło tak bardzo, że sam uczułem łzę w oku. Mój biedny Hektor!

Trzeba go było dobić, bo inaczej mógłby parę godzin konać. Poszedłem po rewolwer; nie wiedziałem jeszcze, czy będę miał odwagę do psa strzelić. Przy pomocy służącej włożyłem go do drewnianej wanienki. Zawył, gdyśmy go przenosili. Na ziemi, prócz krwi, została kupka skrwawionych kiszek.

Służąca wyszła z kuchni; nie chciała na ten widok patrzeć. Nabiłem rewolwer; czułem, że mi się mdło robi i ręka mi skacze i rewolweru prawie nie trzyma. Jak mogłem, psu w ucho lufę wsadziłem i zamknąwszy oczy, strzeliłem. Po strzale nie śmiałem otworzyć oczu. Słyszałem, że drzwi skrzypnęły; spojrzałem, to żona weszła. Kula rozbiła psu czaszkę; nie drgał już, tylko mu skóra na szyi dygotała i nozdrza trochę się ruszały. Trwało to chwilę—ustało w końcu. Nie żył.

Wróciłem do pokoju. Słyszałem jak się żona krzątała w kuchni, rozmawiała ze stróżem, potem z kucharką, kazała dać obiad. Nie ma co mówić, ładny obiad! A ja się tak spieszyłem na ten rodzinny obiad z wesołymi memi dzieciakami. Dzieci wciąż ucierają nosy, jedzą, ale do łyżki łzy im kapią; są tak smutne, że nawet moje podarki ich nie pocieszyły. Żona siedzi chmurna; widzę, że jej psa żal. I mnie żal Hektora i zły jestem, żem sam smutny i że inni naokoło mnie smutni.