Dwaj pachołkowie stają po bokach schodków; dwaj biorą go pod pachy, wchodzą na pierwszy stopień i jego tam wciągają. Na szczeblu tym ocknął się: dotąd był równy wśród równych—wszyscy szli, pełzali po ziemi; teraz on o głowę wyższy od nich. Dotąd, gdzieś w duszy, pod duszą, głęboko było coś, niby nadzieja, że ta śmierć nie przyjdzie, że zerwie się jakiś huragan, wichry, gromy i deszcze rozbiją, rozsypią, rozniosą więzienie, ziemię, świat... Niebo szafirowe, powietrze ciepłe, słońce złote, tak blisko nad głową, że gdyby podniósł rękę, umaczałby palce w promieniach. To śmierć przyszła.
Z sąsiednich schodków kat mówi cicho: schneller!—Wnoszą go na następny szczebel. Stal jakaś ściska mu mózg i trzewia. Czczość go mdli, czkawka wstrząsa mu gardło. Schneller! Są na szczycie. Kat bierze pętlę, próbuje w ręku, zakłada mu na szyję, poprawia węzeł z tyłu, wprost na kręgi. Ścisnął, rzemień dotknął skóry. Rzemień zimny, tak zimny, że go parzy. Dotknięcie pętli wyrywa mu duszę. Dusza szaleje z lęku: tłucze w ściany czaszki, rani skrzydła swoje, zrozpaczona upada i znów zrywa się, jak przerażony ptak i wali w czaszkę nieprzytomna, wściekła...
Fertig! Pachołkowie zeskakują z schodków i wytrącają mu je z pod nóg. Opada pół łokcia niżej. Naprzód brak powietrza, usta otwierają się szeroko i drgają, oczy wyskakują z orbit; potem lubieżny dreszcz—węzeł ruszył rdzenia—naga halucynacya przed nim, potem trzask, jakby świat się zwalił, tuż pod uchem, pod mózgem: czaszka pęka, wszystko się rozkrusza, węzeł lamie kręgi—i potem nic, nic... drgawki. Kat jedną ręką oparł mu się na ramionach, drugą zakrył mu usta; pachołkowie trzymają ręce i nogi; nie łatwo utrzymać, bo kurcze miotają ciałem silnie. Wreszcie kurcze słabną, można puścić. Wisi prawie nieruchomy. Skończone.
Widzowie rozchodzą się do swych zajęć; prokurator do sądu, żołnierze do koszar, dozorca do biura. Wszyscy z tym widokiem w oczach będą żyć, jeść, pić, całować, mordować.
Trup zostaje na szubienicy sam; grzebać wolno dopiero po sześciu godzinach. Nie... nie sarn, bo słońce wtargnęło wyże; na niebo i z za muru zagląda mu ciekawie w twarz. Słońce, bezmyślne słońce, wszystkim równie jasne, patrzy oko w oko sprawiedliwości ludzkiej, promienne, obojętne, pogardliwe.
To jest wieszanie. Światu się zdaje, że jednego dostał trupa, a przecież posiał śmierć w dziesiątkach ludzi. Aby ukarać jednego zbrodniarza—dziesięciu, stu mniejszych stworzył. Ci wszyscy, którzy jutro na to patrzeć będą, czy zapomną? Zagłuszą! ale nie zapomną! Ściskać będzie który pierś, szyję kochanki, pieścić dzieci swoje—i nagle jak rekin, wynurzy żarłoczną paszczę ten obraz: otwarte usta, łaknące powietrza, wysadzone przeraźliwie źrenice—i szepnie: mocniej całuj, silniej ściśnij. I ręka bezwiedna, nieubłagana posłucha, ulegnie, ściśnie i zadławi. Ten widok tam u tych ludzi, żywy w mózgu—to Moloch, który zażądać kiedyś może i zażąda swe; krwawe; ofiary.
A kat, pięciu katów? Ja, matkobójca, gdym dobijał swego chorego, martwego psa, drżałem i płakałem. A oni zabijają człowieka spokojnie, fachowo, trzymają mu ręce, zatykają mu usta. Kat wraca do domu z odciśniętemi na dłoni zębami skazańca! Te fioletowe plamy w ręce się nie wryją, znikną. Biedna lady Macbeth! Myśli, które się w ich mózgach kojarzą, muszą się o siebie zaczepiać jak rzemień o hak, jak pętlica o szyję. Myślenie tych ludzi, to syllogizmy z szubienic, stryczków, trupów. I zbrodniarzy tych, zbrodniarzy płatnych, stwarza sobie społeczeństwo przez mój wyrok, przezemnie. To los mój, konieczność. Ślad swój znaczyć muszę trupami, których nikt nie dojrzy, nie pomści. A ja się tych niewidzialnych trupów tak lękam; lękam się, że staną kiedyś w urocznej godzinie te białe upiory, widome oczom wszystkich i zduszą mnie, wołając: »tyś nasz morderca!« Jam ich morderca!
Dnia 19 maja, wieczorem.
Ocalę Pułkowskiego, ocalę wszystkich, odmienię wyrok, własną bronią pobiję tych, co go wydali. Bo przecież oszukano nas, przysięgłych, oszukano haniebnie. Jak mogłem odrazu tego nie spostrzedz!
My, sąd, skazaliśmy go na śmierć, lecz nie na umieranie. Kazaliśmy mu nie istnieć, nie kazaliśmy mu przestać być. Niech go nie będzie, lecz niechaj nie znika. Śmierć, nieistnienie, jak wielkość ujemna jest też rodzajem bytu, ujemnem życiem—tylko zero, przejście, zgon jest niczem, przerażającem niczem. A przecież katowska kara, którą jutro spełnić miano, jest tylko umieraniem, męczarnią. Tego w wyroku naszym nie było. Niech geniusz ludzki znajdzie środek; niech go wtrącą w grób, tak, aby ani jednej chwili nie umierał, zgoda! Trzeba tłomaczyć wyrok dobrze i wykonać go ściśle. Niech szukają sposobu, niech wyplączą się z sidełt, które obłudnie na nas zastawili!