—Chyba ku potokowi: Tam cień jest napewne.
Zgodziła się odrazu.
Trudno im było wstać; osłabił ich upał. Podnieśli się jednak i poszli. Wzgórze niewysokie, lasem świerkowym porosłe, wznosiło się przed nimi tak blisko, że wierzchołkami swych drzew sięgało połowy nieba prawie. Ku stronie gór pochylało się zwolna na równinę: urywał się las i ciągnęły zagony zielonych i złotych zbóż. Małe, do gniazd podobne, chaty, rozrzucone tu i owdzie, czerniały na skrajach lasu.
Pod wzgórzem strumień szumiał. Ścieżynka polna gubiła się wnet wśród gęstwy krzaków, którymi porastał brzeg parowu. Weszli w wilgotny cień i krętą drożyną schodzić poczęli w dół. Minęli mały lasek osiny i zbiegli już prawie pędem na polankę, nad brzeg potoku. W zamkniętej kotlinie aż huczało od kłótni fal.
Przeciwległa ściana wzgórza wyrastała teraz tuż przed nimi, prostopadle. Nie widać już było ani pól na stokach dalekich, ani chat, tylko świerków zieleń, jakby zwieszoną z nieba zasłonę ciężką. Błękit zdawał się ciemniejszym i bliższym, jakby na szczytach drzew tych się rozpostarł. Był cień, i tylko gdzieniegdzie przekradał się promień słoneczny, zaigrał na liściach, plamą jasną zadrżał na trawach, lub przejrzał się w pianach i snopem iskier strzeliwszy, zagasnął z sykiem na dnie wód.
Strumień z za zakrętu wybiegał wartko, i w płytkiem łożysku rwąc osrebrzył się cały pianą. Po warstwach łupku, równych jak schody, staczały się fale, jak kaskada srebra płynnego. A dale; rozszerzało się nagle koryto i woda natrafiwszy na miękki grunt i piasek, wyżłobiła sobie jamę głęboką. Zwalniał się tu pęd fali, a grzbiet jej nabierał barwy i błysku szmaragdów. I raz jeszcze trąciwszy o rozrzucone głazy, rozpryskały się szmaragdy, i fale tak jak wbiegły srebrne, srebrne przepadały z oczu.
Zacisznie tu było i samotnie. Świat, który zginął dla oczu, wysuwał się też mimowoli i z pamięci. Oboje odczuli odrazu tę wielką radość, że zagubili się w gąszczu takim, gdzie nikt ich nie odnajdzie, że przepadli dla wszystkich i wszystkiego, prócz dla siebie. Dopiero tu naprawdę poczuli się razem, sobie blizcy.
W parowie, mimo cienia, upalnie było, nie upałem suchym, płomiennym, jak na łące, ale wilgotnym, ciężkim żarem dusznym.
Zbliżyli się do brzegu i po kamieniach zaczęli przechodzić przez potok—ale przejść nie mogli, gdyż droga przez głazy utworzona, urywała się w połowie, zostawiając jako ostatni kres skalistą wśród fal wysepkę. Na omszonym wilgotnym głazie, po którym jeszcze niedawno fala się ślizgała, siedli, trzymając się w pół i cisnąc ku sobie, gdyż zewsząd potok rwący im groził. Mniemane [niebezpieczeństwo], które zewsząd niby ich otaczało w potoku pół łokcia głębokim, czarowało ją i zachwycało.
—Jak tu dobrze, jak pięknie—najdroższy.