—Puść mnie, puść mnie.

Zerwała się i podniosła, ale pantofelek luźno zapięty przechylił się i o wilgotny mech poślizgnął. Byłaby osunęła się w wodę, lecz zdążył ująć ją wpół i podtrzymywać.

—Jakiś ty silny.

Chciał okazać swą siłę i zatrzymać w swym uścisku, lecz wysunęła mu się z rąk.

—Drogi, muszę już iść, muszę wrócić koniecznie. Dzwoniły stada—już szósta. Spostrzegą, żem wyszła.

Skoczyła na następny kamień, i znów na kamień—wreszcie wybiegła na brzeg.

—Kochany, drogi, do jutra.

Pomknęła przez gąszcz zieloną; mignęła raz i drugi jasnoróżowa jej suknia.

Ledwie zdążył rzucić w ślad za nią:

—Do jutra.