ZOFlA [zmieszana, nieco trwożna, jakby starając się Karskiego wybadać i zrozumieć]. Dlaczego teraz nie chcesz? Przecież zawsze ja chodziłam po sprawunki. Czy ty?...
KARSKI [wybuchając]. Na Boga, przecież to chyba mogę zrobić dla ciebie, aby iść na dół po obiad!
ZOFIA [na pół już zawiedziona]. Więc tylko dlatego chcesz sam iść, żebym ja się nie zmęczyła? Nic więcej?
KARSKI. Ja nie mogę patrzeć, jak ty się tu niszczysz, bez tchu przebiegasz te sześć pięter. Przecież to ciebie z nóg zupełnie zbija.
ZOFIA [z rezygnacyą w głosie]. Idź, idź najdroższy. [Karski wychodzi. Zofia spostrzega, że zostały jej w ręku pieniądze, których Karski zapomniał. Wybiega więc za nim ku drzwiom].
Weźże pieniądze [podaje mu przez drzwi, podchodzi do kuchenki, zaczyna rozpalać ogień, wraca następnie ku stolikowi i zapala lampę]. On się niczego nie domyśla! Może to ja się [łudzę]? Nie, nie, to się czuje. I nie mogę mu powiedzieć: on taki zdenerwowany i w Journal'u mu wymówiono popołudnie... [siada, i z wyrazem smutku i zniechęcenia opiera się rękami na stole]. Tak marzyłam o tem niegdyś, tak pragnęłam, a dziś, dziś... wstydzę się nawet to wymówić. Może on tego nie chce... Boże, Boże! tylko Ty tego dziecka za mnie nie karz... Ach co tam! już jestem tak zmęczona... [Machinalnie bierze książkę leżącą na stole, i przerzuca kartki, czyta bardzo wolno i cicho].
Les sanglots longs
Des violons
De l'automne,
Blessent mon coeur
D'une langueur
Monotonne.
[ciszej jeszcze].
Et je m'en vais
Au vent mauvais,
Qui m'emporte
De ça, de là
Pareil à la
Feuille morte.
Ach! jakie strasznie smutne! śliczne! Ale on pisze ładniej »Widziałem krew na duszy mojej [rozlega się stukanie przez drzwi].« To ty Janek? [stukanie ponowne]. Qui est là? [stukanie]. Entrez [wchodzi Andrzej].