Frajerzy mają przyjaciół. Ale nie ja.
Cisza na Pradze
1.
Czasem pytają mnie, na czym polega życie. Z jakichś przyczyn niektórzy sądzą, że kelner posiada stosowną wiedzę na ten temat. Powinienem do pensji otrzymywać dodatek mądrościowy.
Niektórzy sądzą, że najważniejsze jest gonienie za forsą. Inni wskażą panienki, Pana Boga, pracę albo oddanie niewdzięcznym bachorom, a potem stoją z wywalonymi kieszeniami i dziwią się, dokąd czmychnęło szczęście. Znałem cwaniaków, wojowników i dyplomatów znad kieliszka, znałem silnych i słabych, małych i dużych, znałem wielu, a jednak — mylili się wszyscy. W życiu chodzi o to, żeby się nie wywrócić.
Bądź, kim tam sobie chcesz. Kucharzem jak Baryton. Pijaczyną jak ten cały Emek. Ale stój. Niekoniecznie prosto. Możesz się garbić. Albo ściskać własny gorejący łeb. Tylko się nie wywracaj. Runiesz — natychmiast zadepczą.
Wiem, co mówię, bo opuszczam Konesera, z trudem zachowując pion. Wykonuję niezdarny półobrót, przyciskając do piersi bezcenny czteropak denara, i walę czołem o słup. Mniej więcej o czymś takim mówiłem. Niepotrzebnie dopijałem wódkę w Balatonie. Wódkę po złych ludziach należy zostawić w spokoju.
Na Pradze nigdy nie jest cicho. Właśnie o tym myślę, gdy pogwizdując, maszeruję sobie ku Nieporęckiej. Na Mokotowie na przykład cisza zapada wedle dziesiątej i nie chce puścić do czwartej rano, kiedy to przenosi się na Stare Miasto, gdzie ma dla siebie tylko godzinkę. Ursynów trwa w ciszy przez trzecią część nocy. Podobnie jest z Żoliborzem, Tarchominem oraz Bródnem, a na Białołęce, moi mili, cisza panuje nieprzerwanie, chyba że kierowca autobusu nocnego staranuje dzika.
Tymczasem Praga nie zna ciszy. Za dnia tłucze się łoskotem tramwajów, rykiem silników samochodów dostawczych, wrzaskami rosłych bab spod Tesco i chlupotaniem brei młodzieżowej mowy. Rejwach ten wedle dwudziestej drugiej spłaszcza się w szum. Gasną światła w oknach. Znikają samochody. Garbate cienie suną ciągnięte przez sny. Idę sobie i ja.
W tym szumie brzmi prawdziwy oddech miasta. Jakaś babina drze się na męża pijaczynę. Łoskot, wysoki wrzask — piąchy poszły w ruch. Syczą otwierane puszki, trzaskają zapalniczki, z których uciekł już gaz. Słychać echa rozmów po bramach. Ktoś ryczy, zmyka ktoś — chłopaczyna leci przed siebie, wyciąga kulasy, lecz dojadą go przecież, jeśli nie dziś, to jutro. Nic mnie to nie obchodzi. Skręcam w Nieporęcką, gdzie ciemno i mur, za którym zamarła budowa. Przynajmniej przestali się tłuc.