W ubikacji opróżniam aż dwa denarki, tłumacząc sobie ten zabieg oszczędnością czasu, i tak chwiejny i rozluźniony kamienieję przed Piaskarzami Gierymskiego. Ten to przynajmniej nie mylił góry z dołem i znał się na robocie. Niemal czuję ból pleców robotników i rezygnację faceta pośrodku, tego, co stoi z pustą łopatą. Nagle krew mnie zalewa, aż ciśnie na pęcherz. No bo jak powstał ten obraz? Wicekról Gierymski klapnął sobie ze sztalugami w cieniu i malował, a robotnicy targali ten piasek przez cały dzień. On pił sobie koniak i lemoniadę, palił cygara i machał pędzelkiem, a ci goście unosili ciężkie łopaty ponad głowy bolące od słońca, pękały im dłonie, piach dostawał się do oczu i wyschniętych ust. Każdy artysta powinien rozładować przynajmniej barkę piachu. Inaczej nici z dyplomu.

O Witoldzie Wojtkiewiczu mogę powiedzieć przynajmniej tyle dobrego, że umarł młodo, a i ja, gdy patrzę na jego Marionetki, czuję się gorzej. Barwy kojarzą mi się z wyglądem naszej ubikacji po tym, gdy Baryton podał gościom nieświeżą wołowinę z niedogotowanymi ziemniakami. Marionetki odsłaniają jednak pewną prawdę o świecie. Król przerasta królową, tancerze są malutcy, zaś dworzanie wyróżniają się średnim wzrostem. A kto jeszcze cieszy się słusznym wzrostem? Kelner na drugim planie!

Okazuje się, że umiem osuszyć puszkę piwa, nie wyjmując jej nawet z rękawa. Liczę, że ta cenna zdolność przysłuży mi się w przyszłości. Czuję się znakomicie, a następny obraz jeszcze poprawia mi humor. Jest nim bowiem Śmierć artysty Malczewskiego. Co ci frajerzy mają w głowach, to ja nie wiem. Na pierwszym planie jakiś dureń całuje śmierdzące giry zgasłego malarza, a cyc modelki zwisa z bezbrzeżnego smutku. Ci ludzie naprawdę myślą, że ktoś po nich zapłacze. Gówno, moi mili. Wszyscy odetchną z ulgą — poza rodziną walczącą o spadek.