Pływam w czarnej magmie. Zaraz pęknie mi łeb.
Dochodzą mnie słowa, których nie mogę zrozumieć. Ktoś krzyczy. Leżę na czymś twardym. Głowa mi pękła. Naprawdę wierzę, że jest rozłupana jak arbuz.
Ciemność ustępuje. Widzę jak przez mgłę. Leżę na podłodze obsypany przez okruchy szkła.
Janina drze się na Pawełka. Pyta, co mu strzeliło do głowy, że zrobił to, co zrobił. Naprawdę musi być takim durniem? Do niczego się nie nadaje. Pawełek pociąga nosem i chlipie, że przecież tak było ustalone. Miał zdzielić mnie w łeb, jak tylko odkryję fortel z pieniędzmi.
Więc to tak. Już ja wam się dobiorę do skóry. Tylko jakoś nie mogę wstać. Łupie mnie czaszka. Między łopatkami płynie coś ciepłego. Zabiję was. Zabiję was oboje.
Janina wrzeszczy, że owszem, miał mi przydzwonić, ale świecznikiem, nie butelką koniaku. Butelka pękła. Obrus, dywan, ściana — wszystko zachlapane. Kto to pościera, pomyje? Przecież nie Paweł, bo nie umie i jest głupi. Ona, Janina! Jak tak mógł? Dołożył jej tyle pracy. O niczym nie myśli. Niczego nie szanuje. Nawet nie wie, ile kosztuje taki koniak, dodaje Janina i wybucha płaczem.
Zaraz wstanę i ich zabiję. Wezmę tę staruchę jak drąga i zatłukę nią Pawełka. Albo na odwrót. Zabiję was. Zabiję was oboje.
Ale najpierw muszę poleżeć. Poczekajcie.
To potrwa tylko chwilę.