Widywałem już takie sytuacje i wiem, jak postępować. Całuję mamusię w spracowane dłonie, otwieram denarka i siadam w fotelu, jak gdyby nigdy nic. Opowiadam o ciężkim dniu w pracy, o Barytonie, który znów pozostawiał zielone ślady na talerzach, o głupich klientach i o tym, że rozmyślałem dziś o sprawach ostatecznych. Mamusia słucha jednym uchem, drugie nastawiła na swój głos wewnętrzny. Prosi, bym dał jej denarka. Tylko na chwilę. Z tego, co pamiętam, ostatni raz wypiła alkohol, jak likwidowali jej szczękę na bazarze. Podaję. Mamusia przygląda się puszce, kręci głową i oddaje mi ją ze słowami, że to trucizna, lecz przynajmniej nasza, rodzima.
Mamusia obwieszcza mi, że trwa piąty rozbiór Polski, straszniejszy niż cztery pierwsze, ponieważ niewidzialny. Wyobrażam sobie Polskę, jak zrzuca z siebie przepocone łachy, te czerwone reformy i biały stanik, aż staje przede mną naga, z pomarszczonym biustem opadającym na zmięty brzuch, a mamuś trajkocze o bankach i korporacjach kierowanych przez masonów i satanistów. Rozkradają nasz kraj po kawałku i niedługo nie będziemy mieli niczego swojego. Wobec takiego przeciwnika każdy staje się żołnierzem, nawet ona. To także moje zadanie. Ostoją Polski będzie nasz dom. Później przyjdzie czas na inne. Wreszcie odzyskamy ulice. Zburzymy ołtarze Euro i Dolara. Wówczas Wisła oczyści się, a orły powrócą na szczyty Tatr. Już wiem, czemu odzyskałem denarka. Piwo robi polski browar pod szyldem „Tradycja jest najważniejsza”.
Mamusia dzieli książki na zbiory i podzbiory. Rodzimych autorów życzy sobie zatrzymać, resztę zaś odtrąca. Taki los czeka mojego MacLeana. Sprawdza też, czy książka napisana przez Polaka ukazała się nakładem polskiego wydawnictwa. Jeśli nie, mamy do czynienia z czymś gorszym niż publikowanie jakichś Amerykanów lub, o zgrozo, Niemców. Polak pod obcym skrzydłem to zdrada narodowa. Słuchając jej wywodów, zabieram swoją stertę „Przeglądu sportowego”. Zapytuję mamusię, jak daleko zamierza posunąć się w swoim szaleństwie. Przecież wszystko, co mamy na sobie, uszyły żółtki. Staniemy się nadzy jako prarodzice w raju? Co z telewizorem? Zmontowany w Chinach. Polacy nie robią żadnych telewizorów. To samo dotyczy odbiornika radiowego, który nasyca nasz dom modlitwą. Mamusia milczy chwilę, biedząc się nad odpowiedzią. Wreszcie mówi, że telewizor i radio nastawiła na czyste dobro i to je uświęca. Co innego ten paskudny telefon, który zostawiłem w szufladzie.
Co z telefonem? Denarek wysuwa mi się z dłoni. Mamusia odpowiada, że już nic. Ten przedmiot przyniósł diabła do naszej domowej świątyni. Na szczęście z tym koniec. Mogę nie wierzyć, ale tego dnia tylko raz słońce przebiło się przez chmury, dokładnie w chwili gdy mamusia cisnęła aparat Kutavaggia do śmietnika.
3.
Chyba nigdy nie zleciałem tak szybko po schodach. Łapię głębszy oddech i cwałuję przez podwórko obok kapliczki pod wezwaniem Dubeltowej Matki Boskiej ku kubłom. Strach dodaje sił. Spokoju szukam, zachodząc w głowę, ileż to można dostać za matkobójstwo w afekcie.
Śmieciarze tego dnia nie raczyli się stawić, za to uprzedziła mnie konkurencja. Ojciec z synalkiem właśnie ustawili swój wózek ze szmelcem i nurkują w kubłach z zapamiętałością właściwą tylko najstarszym i najbardziej otrzaskanym menelom. Wbijam się między nich. Synalek już unosi pięści. Tatuś, jak dotąd zajęty zgniataniem puszek, gasi go jednym spojrzeniem. Mówi, że to nie jest mój śmietnik i mam sobie iść.
Ten facet śmierdzi mokrą ziemią, wódą i najtańszym mydłem, minę ma jednak, jakby sam cesarz podawał mu ogień. Oświadcza, że prawo do śmietnika nabył od Ziutka Esperala w zamian za kosze przy przystanku komunikacji miejskiej „Ząbkowska” i jeszcze dopłacił siedemdziesiąt pięć złotych. Ziutek, dodajmy, wydłubuje wszywki za połowę tej sumy. Dziad powołuje się na święte prawo własności, a jego wzrok świadczy o tym, że przegryzłby mi gardło bez żadnych skrupułów. Jednocześnie synek ustawił się na mojej flance, czeka i dyszy.
Mógłbym rozłożyć ich bez kłopotu, lecz znam ciąg dalszy tej przygody. Stary skrzyknie kumpli i mnie dojadą. Poczekają z miesiąc, aż będę szedł pijany. Walną od tyłu. Zawloką do bramy. Przejadą tulipanem po policzku albo i gorzej. W świecie walczę pięścią. U mnie, na Pradze, rozum mym orężem i sojusznikiem.
Skoro dziadyga, ten sęp odpadkowy, nabył uczciwie nasze kosze, atakuję go własną uczciwością. Proponuję czasowy dostęp, powiedzmy, kubeł w leasing na jedyne dwadzieścia minut. Dam całe piętnaście złotych i dorzucę denarka. Stary, rozważając moją propozycję, rusza ustami, jakby żuł skórkę od chleba, za to młody ma chyba więcej rozumu niż tatko, bo chce pogrzebać w śmieciach. Bardzo ciekawi go, czegoż tak szukam.