3.
Mówię Emkowi, że wiem. Otruł własnego ojca. Przypuszczalnie robił to przez kilka tygodni niczym zawodowi truciciele z dawnych dobrych czasów. Doprawdy nie wiem, jakim cudem starczyło mu cierpliwości i pomyślunku. Tak gadam, a Emek zaczyna szlochać. Jego płacz, jak na faceta, który zamordował własnego ojca, brzmi naprawdę wzruszająco. Kładzie się na blacie i wali pięściami we własną głowę. Warto dodać, że niezbyt mocno.
Zalany łzami, zasmarkany próbuje wszystkiemu zaprzeczyć. Ojciec był dla niego wszystkim. Kochał go bardzo, a przynajmniej dość, by nie wlewać mu jadu do herbaty przy każdej wizycie. Kutavaggio przychodzący z własnymi sztućcami do Balatonu i żywo zainteresowany przyrządzaniem potraw nagle wydaje mi się nieco mniej paranoiczny. Proszę Emka, żeby się zamknął. W odpowiedzi Emek wysuwa przed siebie złączone pięści i wręcz błaga, bym go zaobrączkował. Chce natychmiast znaleźć się na komendzie. Sędziego poprosi o najsurowszy wyrok. Jest śmieciem, stwierdza, zasłużył tylko na więzienie. Pójdziemy natychmiast, jak tylko dopije swoją banię.
Emek, jakże przenikliwy w ocenie własnej osoby, pod celą przetrwałby może kwadrans. Mówię mu to. Potrząsam chłopakiem, bić nie będę przez litość. Pytam, czy to on kazał natłuc Krystynie — jasne jest, że sam by nie dał rady. Emek gwałtownie zaprzecza. Nawet nie wiedział, że Kryśka wylądowała w szpitalu Przemienienia. Tak się trzęsie, że trudno mu nie wierzyć. Mówię więc, co mam do powiedzenia. Jakby przytomnieje, słucha z uwagą moich słów i rozdziawia gębę.
Na cóż mi Emek w pudle? Jedynie frajerzy dochodzą sprawiedliwości. Kutavaggio był tylko wyjątkowo pretensjonalnym klientem naszej podłej restauracji, słowem, ani myślę pójść na policję. Pod jednym warunkiem. Niech Emek mi zapłaci. Pół dużej bańki w gotówce i będę zadowolony. Mina chłopaka wskazuje, że równie dobrze mógłbym zażądać miliarda dolarów. Kiwa jednak głową. Błaga o dwa tygodnie. Skołuje kasę. Daję mu trzy dni. Może sprzedać mieszkanie. Może zadłużyć się u gangsterów albo, co gorsza, w Providencie. Nic mnie to nie obchodzi. Puszczam nieszczęśnika. Opada na podłogę. Śmieci przykrywają go zupełnie.
Emek
1.
W pokoju szpitalnym Krystyny zastaję dwa wolne łóżka. Wcześniej było tylko jedno. Dziewczyna przy oknie wciąż stuka w ekranik, jakby dalej pisała tego samego esemesa, istną powieść na telefony przeznaczoną dla frajerów stojących w korku na Puławskiej. Staruszka-złodziejka przywołuje na twarz odruchowy uśmiech, który kwaśnieje natychmiast, gdy mnie rozpoznaje. Łóżko, na którym leżała kobieta doczepiona do cewek, stoi puste, a nawet elegancko zaścielone. Sztywny krochmal pościeli mógłby mnie wpędzić w zadumę nad kwestią przemijania i kruchości żywota człowieczego, gdyby nie wesoła gęba Kryśki. Dziewucha zerwałaby się z posłania, gdybym jej pozwolił. Pochylam się, biorę w ramiona. Ostrożnie. Krucha jak ciasteczko.
Kryśka pachnie odplamiaczem i mokrym ręcznikiem. Z ręki zniknął bandaż, twarz jest mniej opuchnięta, gips pozostał na swoim miejscu. Zamiast pidżamy Krycha ma na sobie wytarte spodnie dresowe i bluzę, która zapewne należała wcześniej do jakiegoś wyjątkowo rosłego siłacza cyrkowego. Pytam, gdzie takie łachy dają. A ona: wiesz, spotykałam się kiedyś z taką dziewczyną...
Ostentacyjne prychnięcie staruszki-złodziejki tylko podsyca płomień radości. Aż piguła wsadza łeb w szparę między drzwiami a futryną, pyta, co tu za kabarety odchodzą. Znika, nie doczekawszy się odpowiedzi. Nasłuchuję cichnących kroków na korytarzu i wyjmuję prezenty. W kościele powiadają, że chorych należy odwiedzać. Nie wypada jednak z pustymi rękami.