- Naturalnie, niech minie tylko most i groblę­ - odrzekł Krasnostawski.

U stóp ich szumiało w tej chwili koło u mły­na, pryskająca odeń wodna piana szeroko rozlewała się na senną taflę dużego stawu, w której przeglą­dały się pożółkłe szczyty gowartowskiego parku.

Za groblą znowu ruszyli galopem, i niebawem, wyminąwszy jeszcze część wsi, zajechali przed ganek pałacu. Na spotkanie wybiegł stary lokaj, klucznica i kilku domowników.

W ciszy, przerywanej tylko parskaniem i sapa­niem spienionej zziajanej czwórki koni, z lękiem, na stopniach kocza, Krasnostawski zapytał głośnym sze­ptem:

- Żyje?..

- Żyje !.. Żyje !.. - odparli wszyscy chórem, lokaj zaś natychmiast dorzucił:

- Chwała Bogu na wysokościach... Pan doktór powiedział, że może i do jutra rana...

- A gdzież pan doktór? - pytał dalej Krasno­stawski.

- A ot, tylko co patrzeć, jak odjechał.. Po­no do Karolówki, bo tam młodsza jaśnie pani niezdrowa...

- Niezdrowa!.. - obruszył się plenipotent. - Tu przecież konający w domu, mógł chyba zostać jeszcze! - dorzucił gniewnie, zły na widoczną obojętność ­wiejskiego eskulapa. Obejrzał się.