- Ha, Bóg wiedzieć raczy... Nam pozostaje pogodzić się tylko z Jego Najwyższą Wolą!.. - tym samym tonem odrzekł sługa Pański.
- Zapewne!.. - bąknął Krasnostawski. Zapanowało chwilę ciężkie, ołowiane milczenie. - Ach, ale przepraszam najmocniej księdza dobrodzieja - uprzejmie przerwał pierwszy młody człowiek - w tej chwili podwieczorek podać każę, ksiądz dobrodziej utrudzony drogą, głodny zapewne!... - i Krasnostawski ku drzwiom się skierował pośpiesznie.
- Nie, dziękuję ci, panie Bolesławie! Jechać muszę...
- Już? - zdziwił się młody plenipotent.
- A tak, serce, jutro odpust u mnie, roboty huk!.. Każ zaprzęgać, jeśli łaska, a ja tymczasem w ogrodzie poczekam i modlitwy swe przedwieczorne odmówię.
- W tej chwili służę księdzu dobrodziejowi... - rzucił w półukłonie Krasnostawski i znikł za drzwiami.
Ksiądz zajrzał jeszcze do chorego; pozostawiony na opiece staruszki-klucznicy, z pogodą na obliczu swem dziwną leżał on spokojnie.
Widząc to, proboszcz wyszedł.
Z dobry kwadrans migała wysoka, czarna sylwetka jego na tle zieleni, po wygracowanych starannie alejach parku, poczem w pobliżu modlącego się w skupieniu księdza pojawił się Krasnostawski.
Zaturkotało jednocześnie... Z uszanowaniem przez wszystkich odprowadzony, proboszcz wsiadł niebawem do powozu. W parę minut później pojazd, unoszący go, znikł za wjazdową bramą pałacu...