To pracowity, znojny kończył się gdzieś tam, po polach i siołach pogodny dzień jesieni; to, śpiewając chórem smętną ukraińską dumkę - wracały po pracy dziewczęta i mołodycye, z buraczanych łanów, gromadą...
Nagle Krasnostawski, z przymkniętymi oczyma w fotelu swym zagłębiony, ocknął się, drgnąwszy na całem ciele nerwowo. Spojrzał na chorego...
Usta pana Januarego szeptały coś niewyraźnie, poruszały się szybko - wreszcie uniósł się on na poduszkach i wzrokiem błędnym spojrzał wokoło.
Krasnostawski już był się zerwał i stał teraz koło łóżka blisko.
- Kto to jest?.. Kto to?.. - wyszeptał chory, z trudnością.
- To ja, Krasnostawski, Kra-sno-staw-ski - powtórzył dobitnie.
- A, a... to dobrze... dobrze... - pan January zaczerpnął płucami powietrza i po chwili zupełnie już przytomnie przemówił łamanym, cichym głosem:
-Mój panie Bolesławie, odsłoń, proszę cię, okno, choć jedno... Tak tu ciemno...
Krasnostawski, usłuchawszy natychmiast zlecenia, podniósł roletę.
Słońce już było zaszło. W pierwszych uściskach nadchodzącego zmierzchu stały cicho półobnażone drzewa parku, przeplatane gdzieniegdzie czerwienią, słały się aleje żółtawym od opadłych liście kobiercem - bielały niewyraźnie w dali zagrody sioła, ciemniały jego osady, senna i mroczna świeciła tafla stawu.