Oto ręce pana Januarego wykonywały po kołdrze jakieś niewyraźne i dziwne ruchy, jakby szukały czegoś, szczypały powierzchnię sukna, zatrzymywaly się chwilę, i znów rytmiczne poruszały się zwolna, jednostajnie...
Krasnostawski, postawszy czas jakiś, zbliżył się do stolika, wziąwszy do ręki machinalnie stojące tam lekarstwo. Spojrzał na receptę. Przeczytawszy zaś, westchnął.
Były to leki zwykle, przepisywane dogorywającym...
- Czyżby naprawdę tak źle już było? - szepnął do siebie młodzieniec - tak przytomnym był jednak przed chwilą!.. E!.. może Bóg da... pocieszając się - dokończył głośno.
Tymczasem zmęczenie fizyczne i moralne waliło wprost z nóg Krasnostawskiego.
Zbliżył się chwiejny do fotelu. Usiadł i po kilkakrotnie ziewnął mimo woli nerwowo. Po chwili jednak energicznie wstrząsnął się...
- Ooo... jakże mi się spać chce!.. - mruknął i ponownie ziewnął przeciągle z cicha.
- Ale nie można... nie można!.. - szepnął znów do siebie przekonywająco i sięgnął po stojącą opodal flaszkę kolońskiej wody.
Przetarł sobie skronie, powąchał, poczem napił się zimnej wody ze szklanki, i jak mu się zdawało, zupełnie obecnie rzeźki, zagłębił się w fotelu.
Tymczasem minęło minut dziesięć zaledwie, gdy młody pan plenipotent spał już na dobre, pochrapując nawet z lekka czasami.