- Przeproś tych panów i powiedz, że dziś za ­późno!.. - rzucił czekającemu słudze.

Lokaj wyszedł, a Dzierżymirski przechadzać się począł z wolna po pokoju i cygaro zapalił, wypuszczając od niechcenia z ust małe kółeczka dymu.

Cały był jeszcze pod wrażeniem ostatniej wizy­ty, oraz tej odżyłej z nią tak nagle świeżo minionej przeszłości.

I Dzierżymirskiemu czoło poorało się w drobne bruzdy, zamyślony wciąż tak samo, nerwowym krokiem przebiegał komnatę.

Od lat kilku, gdy ożenił się był z Olą, nie zmienił się Roman prawie że wcale. Ta sama inteligentna i piękna twarz południowca, taż sama mło­dzieńcza szybkość ruchów, oraz niezmienna wytwor­ność sylwetki całej - cechowały go obecnie tak, jak i przed paru laty.

A ileż, ileż zdarzeń przewinęło się dotąd w ży­ciu jego!

Po odbyciu żałoby na wsi, w Gowartowie, przy­jechał z Olą do miasta. Tu, dzięki dziedzictwu pana Januarego, położeniu towarzyskiemu żony i, odnowionym własnym stosunkom, zdobył Roman to, co do dziś dnia posiadał.

Energiczny, rzutki, giętki, sprytny i pełen am­bicyi zaszedł wysoko. Ola kochała go dotąd niezmiennie, ludzie korzyli się przed jego rozumem, stosun­kami, wpływami, a jednak nie był on zgoła szczę­śliwym!..

I teraz po twarzy jego odgadnąć to również łatwe było. Cierpiał...

Rozpamiętując w myślach przeszłość własną, zapomniał widać zupełnie o teraźniejszości. Niby wczorajsze świeże, we wspomnieniach żyły znów te lata minione, dawne... Jak fata morgana ułudna mamiły wzrok duszy jego niedościgłą, bo bezpowrotną już dalą, rozpierzchały się, nieuchwytne, to znów wra­cały jawne - żywe!