- Dobrze! - wykrzyknął wesoło. - Zatem jutro - marsz! Ponieważ zaś pociąg mój wychodzi później od twego, wyślę pakunki nasze przez służbę i odwiozę cię na kolej powozem. A teraz - ciąg­nął dalej - spać!... Dobranoc, kochanie, zmęczoną jesteś.

Pocałował Olę serdecznie w obie ręce i czoło - ­małżeństwo znużone rozeszło się...

Niebawem w apartamentach prezesowstwa Dzier­żymirskich pogasły wszystkie światła. Cisza i uśpie­nie, prowadząc się za ręce, wstąpiły do rojących się tak niedawno od ludzi salonów, buduarów - rozpostarły się wszędzie i mrokiem sennym otu­liły wszystko dokoła.

--------

- Paris!.. Tout le monde descend!.. Paris!..

Okrzyk ten jędrny, donośny, a wyrzeczony naj­czystszym francuskim akcentem, obił się o słuch pasażerów pociągu, podjeżdżającego pod oszklone arka­dy paryskiego dworca, i zbudził drzemiącego w wa­gonowym przedziale Dzierżymirskiego.

- Par... - ris !.. - zabrzmiało przeciągle raz jeszcze pod samem oknem wagonu i drzwiczki szybko roztworzono nagle... Roman zerwał się, a po­chwyciwszy podróżną torebkę, wyskoczył śpiesznie na peron.

Bieganina, ruch, zgiełk, ogarnęły go natych­miast, oszołomiły chwilowo całkiem; w parę minut dopiero, zoryentowawszy się, poszedł Dzierżymirski do rewizyjnej sali, gdzie pobieżną z bagażem swym załatwiwszy formalność, w kwadrans później znalazł się już w dorożce, na bulwarach.

Zapaliwszy cygaro i rozparłszy się wygo­dnie, z przyjemnością przypatrywał się on te­raz od bardzo już dawna nie widzianej nadsekwań­skiej stolicy.

Środkiem bulwaru Sewastopolskiego, ulicą, wy­mijały go ogromne, zielone tramwaje elektryczne, różnobarwne omnibusy konne, ekwipaże, samochody; cały zastęp ruchliwy pojazdów tamował co chwila wir miasta, na sekund kilka wielokrotnie zatrzymy­wać się była zmuszona wioząca Romana dorożka; po­licyjna w mantylach ciemnych krzykliwie czyniła po­rządek - poczem ruszano znowu.