- Wpadnę tam i obejrzę, co jest!.. - pomy­ślał, zadowolony nagle na widok gmachu, a ponie­waż wejście do pałacu nie było od ogrodu, lecz od strony bulwaru Ś-go Michała, Dzierżymirski skiero­wał się boczną aleją parku ku wyjściu, na prawo. Twarz chmurną, znudzoną, okrasił mu uśmiech; przestąpił sprężyście próg muzeum i spojrzał jedno­cześnie na zegarek - mijała czwarta, podwoje pałacu zaś zamykano o piątej.

- Zdążę chyba zobaczyć wszystko!.. - mruknął, kontent już tym razem zupełnie, z przyjemnego zabi­cia czasu.

I rzeczywiście.. Pod wpływem bowiem pierw­szego rzutu oka na salon sztuki, Dzierżymirski zapomniał o wszystkiem, co go dręczyło.

Znajdował się w otoczeniu, ustawionych w pier­wszej sali, licznych rzeźb nowożytnych...

Więc oto najprzód spojrzenie jego przykuła ustawiona na małem wzniesieniu, w pobliżu wejścia, rzeźba Moreau-Vauthier'a, a była nią postać naga, leżącej na wznak, w lubieżnej pozie i upojeniu, ba­chantki, z gronem winogron w lewej dłoni... Natu­ralność pozy i ruchu, a szczególniej modelowane do­skonale ciało kobiece, tętniące po prostu w zimnym białym marmurze, żarem krwi młodej - zatrzymało dłużej na sobie wzrok Romana.

Rozglądając się, przystając co chwila, poszedł dalej!.. I niebawem znowu zapatrzył się dłużej, tym razem przed przegiętą w tył, w stojącej postawie, i unoszącą się jakby w przestrzeni, postacią nagiej również dziewczyny. Oczy jej były przymkniętemi, twarz owiana mgłą uśpienia, w ręku trzymane chwia­ło się kwiecie...

Było to "Złudzenie" F. Charpentier'a, oddają­ce subtelnie pochwyconą nieuchwytność illuzyi, jak sen, jak marzenie, nieujętej - rozpływającej się jak­by w przestrzeniach...

Niezrównanem bowiem oddaniem czaru uśpio­nych pięknych rysów kobiecych, zdawało się, że znajdujący się tutaj przedstawiciele rzeźby turniej urzą­dzili sobie.

Wśród wielu innych w tymże rodzaju posągów, wyróżniała się jeszcze rzeźba, nader piękna, zatytułowana : "Wspomnienie". Twórcą jej był Mercié Autonin.

Przedstawiała ona młode dziewczę, o rysach drobnych, z głową przechyloną w tył nieco, z obliczem, tonącem jakby w głębokim, cichym śnie. Na kolanach jej, na ziemi - wszędzie, widniały rozsypane kwiaty; dwa gołąbki, niosąc w dzióbkach rów­nież kwiecie, leciały ku niej, rozmarzonej cicho, we wspomnieniu dalekiem...