Włoch z matki i duszą całą artysta, myślą wspo­minał on jeszcze widziane przed chwilą dzieła sztu­ki i pogodnem spojrzeniem ogarniał biegnące wokoło siebie tłumy, przepełnione kawiarnie i huczące pojazdy.

- La Presse!.. La Patrie... La Pres-se!.. - ­krzyczano mu nad uchem na wszystkie strony; w restauracyach, na platformach, spożywano już posiłek, popijano wino, absynt i inne wyskokowe napoje - ca­ły Paryż obiadował.

Na świeżem powietrzu, przy jednym z takich stolików, zachęcony przykładem, zasiadł i Roman, a kazawszy podać obiad, zapalił swobodnie cyg­aro.

Niebawem przyniesiono pierwszą potrawę. Wśród przelewającego się kaskadą paryskiego życia i hu­ku ruchliwej stolicy, Dzierżymirski spokojnie zaczął spożywać zupę, słuchając ciekawie, z uśmiechem, głośnych rozmów swych przerozmaitych sąsiadów i charakterystycznych częstokroć ich bulwarowych dowcipów.

***

Punktualny, pomiędzy drugą, a trzecią po połu­dniu, wchodził nazajutrz Roman do mieszkania Orlęckiego. Służąca wprowadziła go natychmiast do sa­loniku, zaledwie jednak wszedł tam, roztworzyły się już zamaszyście boczne drzwi komnatki i w ramie ich ukazał się mężczyzna rosły, blondyn; łysawy i dość otyły, o siwiejącym, z polska podkręconym, wąsie.

- Jakże mi miło... Jak miło mieć w swoich progach tak dostojnego gościa... rodaka!.. - zaczął od proga, z polską szczerością i uprzejmością w głosie, roztworzył przytem machinalnie ramiona, jakby chciał do piersi przycisnąć niemi przybyłego, po chwili opamiętał się jednak i wyciągając uprzej­mie prawicę; czysto już tylko salonowym gestem, przedstawił się: Orlęcki... Wiktor... - siostrze­niec Hugona.

- Nie uwierzy pan - ciągnął natychmiast bar­dzo grzecznie - jaką rzetelnie prawdziwą radość uczynił mi list stryja i zapowiedź tej pańskiej wizyty... Proszę, niech pan prezes siada!... Proszę bardzo...

I Orlęcki wskazał, z grzecznością, fotele, widząc zaś zdziwienie na twarzy Romana, na dźwięk tytułu "prezesa", uśmiechnął się, odgadłszy myśl gościa.

- Dziwnem się panu prezesowi, jak widzę, wy­daje - przemówił, - że tytułuje go... Cóż to, przypuszcza pan może, - ciągnął dalej, ze swadą, - że my tu na obczyźnie nic nie wiemy, kto w kraju u nas przoduje? Przeciwnie, przeciwnie! - śledzimy gorączkowo i z uwagą ruch naszych ziomków, współ­braci !.. A jakże... a jakże!.. Ja sam osobiście trzy­mam wiele gazet polskich, wiem o wszystkiem, a z nazwiskiem pańskiem - tu skłonił się grzecznie w stronę Romana - spotykałem się w nich tylokro­tnie, ceniąc zawsze ruchliwość pana prezesa i odda­niu się jego społeczeństwu naszemu...