- O, panie prezesie! - pospieszył, z odpowie­dzią, Orlęcki, - Siadać proszę en bons amis... Ot -tutaj... - wskazał na kanapkę - wygodniej będzie! - i zapaliwszy równocześnie zapałkę, zbliżył płomień do koniuszczka cygara Dzierżymirskiego.

- Merci!.. - skłonił się tenże raz jeszcze, i wypuściwszy kółeczko dymu, odezwał się wreszcie, skorzystawszy z sekundy milczenia gościnnego go­spodarza.

- Czytał pan list stryja, pana Hugona, wszak prawda?.. Wiadomy panu więc zatem cel mego tu przybycia... Nie znąjąc nikogo w Paryżu, zdecydowałem się prosić stryja pańskiego, o tarte d'entree do pana...

- Och, i bez tego, panie prezesie - przerwał Orlęcki - każdego rodaka witamy tu z całego ser­ca! Tembardziej zaś pana prezesa, tak w kraju za­służonego...

- Ach, tak, nie wątpię - z wolna potwierdził Roman - lecz i mnie chodziło również - tu uśmiech­nął się z lekka - o specyalną protekcyę do kogoś, by potrafił ułatwić wiadomą nam sprawę przemy­słową...

- A tak, tak! - przerwał znów Orlęcki, nie­zadowolony jakby, że poruszano tę kwestyę. Pan prezes radby obejrzeć drobiazgowo i gruntownie urządzenia fabryk tutejszych, przy mojej pomocy... Owszem, postaram się, panie prezesie, choć uprzedzić muszę, że ja... - zatrzymał się - nie mam tak roz­ległych stosunków ze sferą handlowców... to jest, chciałem powiedzieć... ze sferą fabrykantów... prze­mysłowców... Paryża... panie dobrodzieju... Jednak­że... - tu zająknął się, zaplątał w swem przemówie­nia Orlęcki i zamilkł, widocznie zmieszany.

Uśmiech niedostrzegalny okolił wąskie usta Ro­mana.

- To nic nie szkodzi - odparł. Mam nie­płonną nadzieję, iż razem z panem damy sobie z tem wszystkiem radę... Zresztą, to chyba drobnostka. Chodzi zaledwie o jakieś dziesięć fabryk tylko...

Roman zatrzymał się i zapytał jeszcze, chcąc konsekwentnie doprowadzić do końca zmyślony swój interes i misyę:

- Wszak fabryki owe wymienione są w liście pana Hugona...