- Barbarzyńco! - wykrzyknął Ładyżyński, oburzony szczerze.
- Jak to? - pytał zdziwiony dalej. - Na seryo zatem nie widziałeś pan wcale ?
- Ale cóż znowu, i owszem! - zaprotestował Krasnostawski, zmieszany nieco.
Partner z pod oka spojrzał na młodzieńca i mruknął złośliwie:
- Co pan ciekawego wypatrujesz wśród alei? Nikt tam, que je sache, nie spaceruje, prócz Oli i kochanego Topolsia, hrabiego na Szczęsnojej... A tu tymczasem straciłeś pan coup de maître, cug iścię wspaniały...
I wskazując dłonią stojące kule, objaśnił już spokojnie:
- Przez czerwoną... Zamiast zwyczajno-pospolicie - tyłem, przez pięć band, i serya notabene gotowa - pochwalił się.
- Wiele mam? - zapytał po chwili. - A, prawda... - odpowiedział sam sobie pan Emil, - osiemdziesiąt sześć!... Przepadłeś pan z kretesem. Za chwilę - requiescat in pace!..
Przy tych słowach, Ładyżyński pochylił się znów bilardem. Pod wprawnem uderzeniem jego kija, dotykane, cofane, kierowane zręcznie, posypały się niebawem liczne karambole.
Krasnostawski, od początku partyi kilkakrotnie do gry zaledwie dopuszczony, ziewnął skrycie, znużony.