- No, teraz siadamy! - ciągnął dalej.- Dziękuję panu za partyę! - podał uprzejmie rękę Krasnostawskiemu, poczem wyjął papierośnicę.
- Służę panu! - rzekł, wyciągając ją w stronę młodego człowieka.
- Dziękuję bardzo! - odparł Krasnostawski, skłoniwszy się grzecznie, wziął papierosa, podsuwając jednocześnie Ładyżyńskiemu zapaloną zapałkę. - Merci! - mruknął pan Emil. - Ha, zmachałem się nie gorzej od mołodycy, na polu przy burakach! - westchnął.
Usiedli, i zapanowało chwilowe milczenie.
W ciszy pokoju słychać było teraz wyraźnie jednostajne brzęczenie much; zniżające się słońce ścieliło swe promienie po zielonej powierzchni bilardowego sukna - salonik tonął cały w półświatłach kończącego się letniego popołudnia.
Nagle firanki u okien poruszyły się gwałtownie - ktoś drzwi otwierał...
Na progu, w szarem sukiennem, liberyjnem ubraniu, stanął lokajczyk, młode chłopię...
- Zamykaj, do kroćset! - zagrzmiał Ładyżyński, porzuciwszy silny przeciąg i zwrócił się równocześnie do Krasnostawskiego. - Ma pan jeszcze ochotę na partyjkę?... bo ja - to nie!
- O, ja również! - odparł szybko Krasnostawski - Zresztą nie mogę, mam dzisiaj pilne zajęcie jeszcze i wracać muszę! - Żegnam pana! - dorzucił uprzejmie i powstawszy, wyciągnął rękę do Ładyżyńskiego.
- Adieu!.. - od niechcenia, ale grzecznie, nie ruszając się z miejsca, odwzajemnił mu tenże uścisk dłoni.