- No, pani Ola i kochany hrabicz! - objaśnił niedbale, kołysząc się leciutko w fotelu.
- Aaa !.. - zaśmiała się marszałkowa - są w ogrodzie - dodała spokojnie. - A pan Bolesław gdzież się znajduje? - zapytała z kolei.
- Przegrawszy partyę karamboli i posławszy trzydzieści i jedno spojrzeń tęsknych w stronę ogrodu i przechadzających się tam ludzi, uciekł do domu - odpowiedział pan Emil.
- Że też pan ciągle tak samo niepoprawny i zawsze musi widzieć coś niepotrzebnego! - obruszyła się, z widocznem niezadowoleniem, marszałkowa.
- To tak tylko dla kontrastu z panią marszałkową! - odparł słodziutkim tonem, układnie pan Emil i uśmiechnął się szyderczo.
- No, no!.. - udobruchana nieco, pokiwała głową staruszka. - Żeby to tylko tak było w istocie ! - Ależ upewniam panią marszałkowę - podchwycił Ładyżyński. - Wracając jednak do poprzedniej prozy życia, i jego wypadków - ciągnął wolno - ciekawym, czemu ten Roman nie wraca?..
- A! - żywo odparła pani Warnicka. - Zapomniałam powiedzieć panu... Wczoraj wieczorem był list od niego... Donosi, że z Ostendy, dokąd udał się prosto z Paryża, dla odpoczynku, przybył już do Mediolanu, gdzie zabawi dłużej...
- Hm, hm! - chrząknął pan Emil. - Że też prezesuniowi kochanemu nie tęskno: do żony primo, do mnie - secundo, to się wydziwić temu nie mogę - wygłosił całkiem seryo.
Marszałkowa na te słowa uśmiechnęła się do siebie, w milczeniu, Ładyżyński mówił zaś dalej, wydobywszy zegarek z kieszeni:
- Patrzcie państwo, już wpół do ósmej!.. O wpół do szóstej zaczęliśmy grać z Krasnostawskim partyjkę, a panią marszałkowę pozostawiliśmy wszyscy tu na balkonie samotną... Tiens... tiens... jak to czas leci.