- No, żegnam kochanego pana! - odpowiedziała marszałkowa, i powstała ciężko z fotelu. - Idę - ciągnęła - wydać rozporządzenia do wieczerzy, bo gosposia nasza, jak widzę, zapomniała się dzisiaj, a pana - tu uczyniła ręką niewyraźny ruch w powietrzu - pozostawiam sam na sam z aforyzmami!.. - zaśmiała się przy tem staruszka złośliwie nieco, i znikła we drzwiach salonowych.
Ładyżyński, po wyjściu marszałkowej, zapalił papierosa i zamaszyście począł kołysać się na biegunach fotelu.
- Śmiej się, śmiej, babuleńko! - mruknął z cicha. - Ja mam swój rozum i węch świetny. O, co do tego, to zapewnić mogę, że nos mam wyborny!.. - dotknął twarzy, zaśmiał się do siebie, wciągnął powietrze, i powstawszy, zeszedł po stopniach schodów balkonu.
Spojrzał znowu na zegarek i mruknął:
- Ósma dochodzi... Sapristi, o czemże dwie i pół godziny sam na sam mówić ze sobą mogą dwoje młodych ludzi, jeśli nie o miłoś... Psst! - syknął głośno i położył sobie na ustach palce. - Podejrzliwość albowiem jest to wcielenie satanizmu... i tak dalej, - dokończył, i zaśmiał się znowu cicho. - No, zobaczymy! - szepnął do siebie jeszcze i skierował się do ogrodu.
Słońce zachodziło właśnie. Białe ściany gowartowskiego domu gorzały czerwienią, błyszczały, złociły się okna, dach blaszany żarzył się, jak głownia, a tam w parku, w oddali, wstydliwie zaróżowiały się, rumieniły brzozy, mieniły od gasnących promieni, w odblaski polerowanej miedzi, dęby, lipy, topole...
Ładyżyński, zagłębiał się dalej i dalej w ogród, idąc krokiem pewnym, aż znikł, pochłonięty cieniami ciemnawej już, drzew wierzchołkami zrosłej ze sobą alei; poszukiwania jego jednak miały spełznąć na niczem. Młodej pary, jak ją pan Emil żartami nazwał, nie było już w ogrodzie.
Topolski i Ola, przed pół godziną, znalazłszy się na skraju parku i łanów szerokich, opuścili ogrodową aleję, pociągnięci współwzajemnie czarem przechadzki po zielonej, biegnącej wśród pól, ugorów, łączce, w przedwieczornej świeżości skąpanej całej.
Gawędząc, śmiejąc się i przekomarzając na przemian bezustannie, oddalili się oni nawet już dość ode dworu, nie spostrzegłszy tego naturalnie wcale.
Wbrew zapowiedzi, danej pani Oli jeszcze na raucie, przyśpieszył Topolski swój przyjazd do odziedziczonych w pobliżu Gowartowa dóbr swoich "Szczęsnaja".