W tej samej chwili koń się potknął, Krasnostawski ściągnął instynktownie cugle, i począł jechać wolno.
Wokoło niego, otulony szarzyzną mroku, kołysał się step mały, wysoka trawa łechtała mu opuszczoną w dół siodła rękę. W oddali rysowały się już cienie folwarku Tomaszówki, tak zwanej ukraińskiej fermy, złożonej tylko z toku, to jest: stodół, spichlerza, paru jeszcze zabudowań gospodarskich, i jego własnego, niskiego, mieszkalnego domku - królujących w cieniu kilkunastu drzew wśród pól i łanów szerokich.
Krasnostawski zdjął czapkę i przetarł chustką czoło. W krąg niego latały tysiące muszek małych, brzęczały żałośnie roje komarów; bąk grał gdzieś w moczarach, a przepiórka zabłąkana, wędrująca jeszcze po polach, odzywała się gdzieś nieśmiało samotna...
Przejechawszy wolno kawałek stepu, Krasnostawski puścił się znów poprzez bodziaki i trawy szybkiego nader, tak zwanego szłapaka. Prychając nozdrzami, czując stajnie blisko, pomknął kasztan ochoczo. Pędem powietrza i końskiego biegu, wysokie trawy zakołysały się trwożnie - zaszumiało na stepie...
Lecz oto po chwili wierzchowiec skoczył w bok gwałtownie: to układający się już do snu błogiego zając pomknął mu chyżo spod nóg i znikł w wieczornym mroku... Niebawem jeździec z koniem wpadli na trakt szeroki.
- Zginie mi Ola moja ubóstwiana, najdroższa!.. A szkoda - szkoda! - szeptał do siebie podniecony Krasnostawski.
- Co czynić? jak przeszkodzić temu? - huczało mu dalej w głowie.
Lecieli wciąż... Domostwa Tomaszówki stawały się coraz wyraźniejsze, bliższe... Wyminął ich wóz; jadący w przeciwną stronę, chłop pokłonił się nisko, lecące za wozem źrebię przyłączyło się do wierzchowej klaczy Krasnostawskiego.
- Ksiou, ksiou, ksiou! - zawołał chłop przeciągle: źrebczyk zastrzygł uszami, prychnął i zawrócił galopem.
- Ach, czemuż, czemuż nie wolno mi kochać ciebie, najdroższa? - wyrzucił z siebie Krasnostawski wymówkę, pełną goryczy. - Ja bym cię ozłocił, klęczał przed tobą - zmiatał proch u stóp twoich!..