Noc czarna, despotyczna, rozpinać właśnie poczyna nad płaszczyzna ponurą swą oponę.

Naraz znika wszystko...

On równocześnie czuje, że leci w przepaść bez dna, treści, oraz w chaos, z którego ocuca go dopiero uderzenie silne o coś całem ciałem.

Spogląda...

Przed nim obecnie wznosi się sfinks olbrzymi; o niego to w rozpędzie uderzył się przed chwila. W jasnościach aureoli gorzeje fosforycznym blaskiem, uśmiechając się zagadkowo. Na olbrzymich barkach jego, na tułowiu - obliczu, wszędzie, niedostrzegalne zrazu dla ludzkiego oka, wiją się, ruszają miryady drobnych lilipucich postaci.

Jedne z nich rodzą się tu z uśmiechem na ustach i piskiem, innych do grobu zanoszą; ci walczą, depczą po sobie, zabijają się, wzajem w przepaście spychają - tamci w ramionach drugich piją miłości rozkosze, a tam znów inni jeszcze głodne twarze i ręce wynędzniałe wyciągają po datek, sąsiadując z blizka z takimi, co w bogactwie i zbytkach nurzają się po uszy, lub grzęzną ciałem w rozpuście, jak w błocie.

A środkiem - rozbite na tysiące strumieni, na kropel miliony rozprysłe, płynie, faluje złoto...

I przed promienistymi jego potoki, jak przed świętością - korzy się pokornie, służalczo, wszystko dokoła.

Czołem lilipucie biją przed nim miryady - to też ono nadaje owemu sfinksowi tajemniczemu blask fosforyczny - ono króluje tu, bezpodzielnie panuje.

Lecz oto nagle olbrzymia głowa sfinksa ujrzała snać nowego przybysza.