Potężny, wspaniały zabłysł pierwszy promień słońca i obojętny zajaśniał nad wszystkiem dokoła...

Nie zbudził jednak nikogo... Na gazonie tylko, pod górą wyrzuconych z pałacu, leżących na kupie mebli, duży pies podwórzowy otworzył oczy, mlasnął językiem, przeciągnął się i zasnął...

Zadumanej ciszy nie przerywało nadal nic zgoła.

---------------

Pomimo, iż przez szpary okiennic Tomaszo­wieckiego dworku wślizgiwało się już słońce, w tak zwanym kancelaryjnym pokoju paliła się jeszcze duża lampa, oświetlając biurko, przy którym Krasnostawski pisał coś szybko i zamaszyście. Obok niego stała szklanka z herbatą i leżały porzucone na zie­mi, niedopałki od papierosów... Nagle młody czło­wiek porzucił pióro, z hałasem odsunął krzesło od biurka i zamknąwszy księgę, powstał.

- Nareszcie! - westchnął głośno z ulgą i zbli­żywszy się do okna, odemknął je, odczepiwszy zara­zem wewnętrzne haczyki okiennic.

Fala słonecznego światła, wraz z powietrzem letniego poranka, wpłynęła do pokoju. Krasnostaw­ski zgasił lampę i spojrzał przed siebie...

Od pożaru minęła doba tylko, patrząc jednak na młodego plenipotenta, pomyśleć można było, iż od tej chwili oddzielały go lata; nie młodzieniec bowiem obecnie, pełny hartu i życia patrzył przez otwarte okno, ale mężczyzna, na pozór więcej, niż dojrzały, któ­ry zapominał już jakby, że młodym był tak niedawno.

Jak burza, przeszła po nim pamiętna noc roz­terki, cierpień, upokorzenia i bólu, ślad wieczno­trwały zostawiwszy po sobie...

Twarz Krasnostawskiego bladą była, oczy przym­glone i podkrążone, a na skroniach gdzieniegdzie, wśród czarnych pukli włosów, bielała nitka przed­wcześnie siwa.