- Słucham panicza, słucham... Padam do nóg... Tak mnie jakoś zmroczyło... Zasnąłem, ale to, jak Bo­ga kocham, nigdy mi się nie zdarza...

- Nic nie szkodzi, mój Rzemięcki! - uspokoił go natychmiast Krasnostawski, klepiąc poufale po ramieniu. - Potrzebuję was, i to natychmiast... Pojedziecie z pieniędzmi i z listem do Szczęsnojej, gdzie są teraz państwo... Ja oto teraz sam jadę konno do domu, a wy w ślad za mną idźcie do Tomaszówki piechotą. Tylko idźcież zaraz!

- Duchem, proszę panicza, duchem! - odparł żwawo leśniczy w ślad za odjeżdżającym.

W pół godziny później, młody plenipotent sie­dział już przy biurku w Tomaszówce i kreślił słów parę do pana Emila.

Jako nic niewiedzącemu o zajściu z Topolskim i Olą, napisał Ładyżyńskiemu tylko, iż musi niezwłocznie jechać do miasta rodzinnego na wakującą intratną posadę, nie chcąc zamykać karyery tu­taj, bez widoków na przyszłość...

Nadzieją otrzymania miejsca natychmiast mo­tywował także wyjazd bez pożegnania, jak i prze­syłkę również kluczy od kasy, ksiąg rachunkowych, oraz znalezionego pugilaresu. W końcu listu, Krasnostawski przepraszał pana Emila za trud i do­dawał sucho, że pensyi nic mu się nie należy, bo czyni niespodziany zawód swym dotychczasowym chlebodawcom.

We wrotach dziedzińca tymczasem majaczyła już barczystą postać Rzemięckiego, pies legawy, poszczekując radośnie, wyprzedzał go...

Uświadomiwszy o czem należało starego słu­gę, wręczył mu Krasnostawski: papiery, księgi i klu­cze, oraz portfel znaleziony, z nadmienieniem zawartości jego, a przerwawszy szereg utyskiwań i szczerych żalów tyczących się jego stąd odjazdu, - wy­prawił do Szczęsnej.

Sam zaś do kancelaryi powrócił i znużony padł na otomanę...

Widocznem było przy tem, iż w mózgu jego od­bywała się jakaś walka...