[*) Skądsiś.]

Krasnostawski nie zauważył tego znęcania się nad ulubionymi dotąd przezeń końmi...

- Dlaczego pany? - spytał z roztargnieniem, a później zaraz w tym samym języku dorzucił: - A, prawda, poznajesz po turkocie...

Odmienny bowiem rzeczywiście od furkotu kół bryki, czy też innego pojaździku, stłumiony, jednostajny i nieco głuchy przerywał ciszę przestrzeni turkot powozowy, regularny. Niebawem też zgrabny faeton wyłonił się z obłoków pyłu; konie siwe, w an­gielskich szorach, zaprzężone w leje, i dwoje ludzi siedzących na koźle, ubranych w liberyę granatową, ze złotymi guzikami.

Zaprząg w parę minut stanął przy moście. Krasnostawski wydał okrzyk zdziwienia, taki sam drugi podpowiedział mu z zewnątrz powozu i odemknąwszy z hałasem drzwiczki, wyskoczył z nie­go zapylony Ładyżyński.

- No, goniłem pana, ale nie spodziewałem się, że go złapię! - zaśmiał się wesoło pan Emil i uści­snął wyciągniętą dłoń Krasnostawskiego.

- Witam, witam!.. - ciągnął dalej. - Cóż to, bu­łanki kapryszą i przez most nie chcą przejść? Obserwowałem... no, siadaj pan ze mną; zobaczysz, jak hrabiowskie angliki przejdą spokojnie.

Ładyżyński pociągnął Krasnostawskiego do po­wozu.

- Cóż to, pan także na kolej, czy tylko po mnie? - uśmiechnął się Krasnostawski, nieco zmiesza­ny i zaskoczony widokiem pana Emila.

- Wyjeżdżam - odrzekł tenże krótko, i dorzu­cił swobodnie, zauważywszy wyraz twarzy młodego człowieka: - Nie bój się pan, nie trwóż!.. Nie myślę wcale i nie mam polecenia zawracać pana z drogi do dawnych obowiązków... Przeciwnie, mojem zdaniem czynisz pan bardzo dobrze, iż rzucasz te kąty...