- Cierpliwości! Zaraz pan pojmiesz wszyst­ko - uspakajać zaczął pan Emil swego słuchacza.

- Zapalić musimy poprzednio cygara, bo i pań­skie zgasło, nieprawdaż? - rzekł w ślad za tem, a wydobywszy zapałki, zapalić jedną z nich usiłował, lecz wietrzyk swawolny zgasił mu ją i następnych kilka. - Sapristi! - zaklął z cicha. - Stańcie-no, hej! tam! - krzyknął na furmana.

Konie zatrzymane stanęły; wspomagany przez młodego plenipotenta, Ładyżyński zapalił wreszcie cy­garo, a podniósłszy głowę, spojrzał przed siebie.

- Cóż to? Wyżyczpol? - zapytał służby.

- A tak, proszę jaśnie pana! - potwierdził lokaj, zdejmując liberyjną czapkę.

- Tiens, tiens, widzi pan jak to czas leci - zwrócił się do Krasnostawskiego; - za jakie pół go­dziny będziemy na stacyi, patrz pan, - i wskazał rę­ką krajobraz.

Błyszcząc w mroku, lśniła się opodal wstęga rzeki, na górze malowniczo rozrzucone dość duże miasteczko mrugało dziesiątkami światełek...

- Jechać! - rozkazał Ładyżyński.

Powóz ruszył; pan Emil, po chwili milczenia, przemówił nagle:

- Przepraszam stokrotnie, że widząc cieka­wość w oczach pańskich, nie kończę opowiadania... Pozwolisz pan, że mu zadam dwa pytania: czy masz pan dobrą pamięć i dokąd pan jedziesz?