Gdy elegancki ekwipaż pana Emila wtoczył się na brukowany placyk przed stacyą, jednocześnie na platformie rozległ się dzwonek i wpadł tam, z hukiem pociąg, zatrzymujący się tu tylko parę minut.

- Zuch z ciebie! - pochwalił Ładyżyński fur­mana, i rzuciwszy mu półimperyała, wyskoczył szyb­ko. Rzeczy, przytwierdzone za powozem, odwiązy­wano już; dwaj panowie, zarządziwszy pośpiech, pobiegli do sali.

Tu ruch panował nielada..­

Pasażerowie przyjezdni wysypywali się z wa­gonów i tłoczyli do wnętrza dworca; jadący kupowali bilety, służba kolejowa nosiła ręczne bagaże, zdawała kufry, biegała gorączkowo, kręciła się, jak w ukropie.

Przecisnąwszy się energicznie przez tłum, pan Emil zdobył bilet pierwszej klasy i w minutę potem, wychylony z wagonowego okna, rozmawiał z żegna­jącym go Krasnostawskim.

Uderzył trzykrotnie dzwonek, konduktor gwizd­nął, lokomotywa odpowiedziała mu przeciągle - pociąg ruszył powoli z miejsca.

- Do widzenia!... Powodzenia na nowej dro­dze życia!..- mówił pan Emil, uśmiechając się przy­jaźnie, serdecznie ściskając dłoń Krasnostawskiego.

Ten ostatni zaś, widocznie pod wpływem ja­kiejś nagłej myśli, puścił szybko rękę Ładyżyńskie­go, skłonił się, i wydobywszy szybko z kieszeni dwa listy, podbiegł ku uchodzącemu wagonowi pocztowe­mu. Dogonił go i zręcznie wrzucił w otwór wła­ściwy oba pisma.

- Addio... dziękuję! - posłyszał jeszcze głos pana Emila, i pociąg znikł niebawem.

Krasnostawski pozostał sam. Następny pociąg miał przyjść już wkrótce, poszedł więc do kasy, ku­pił bilet, a wróciwszy na platformę, usiadł na ławeczce samotny.