On więc, w społeczeństwie swem jeden z pierwszych niemal; on, stojący na jego świeczniku, nie skażony moralnie, "na zewnątrz" - niczem, sponiewierany może, zbrukany posądzeniem, lub domysłami, a wreszcie, - kto wie, czy nie stojący w obliczu tłumów, pod pręgierzem prawdy, tajonej skrycie do dziś dnia na dnie duszy?
- O Boże!.. Boże! - jęk mimowolny wydobywa się z piersi Romana, oczy zaś jego wznoszą się jednocześnie i spotykają na grobie, z wizerunkiem matczynym. Oblicze rodzicielki patrzy teraz na niego, z wyraźnem współczuciem, współboleje z nim jakby. Jak żywa, spogląda na Romana matczyna, twarz smutna; kilka kropelek rosy, czy deszczu, ukrytych dotąd w załomach kamienia, spływa nagle po wykutem obliczu pięknej kobiety...
Zachodzące słońce zakrwawia je swym blaskiem...
I krwią oto serdeczną, zdaje się matka płakać nad synem - łzami litości i bólu.
A Roman jednocześnie, w porywie cierpienia, wyciąga ramiona do rzeźby twarzy drogiej, obejmuje niemi głowę z marmuru i krzyż pomnika, a dotknąwszy czołem czoła matki, szepce coś jak dziecko, kwili...
- Matko... mateńko! - słychać dokładnie, i cicha skarga z piersi mu się wyrywa! Z bólem jutra, łączy się w nim zarazem jakiś bunt niewytłumaczony do świata, do ludzi - do życia!... I w szepcie słów urywanych, zmieszanych, wymówka wnet cierpka słyszeć się daje.
- Matko! - szepcze Roman, z wyrzutem. - Dlaczegoż że po tobie odziedziczyłem gorącą krew tej ziemi? Czemu, ach, czemu, z mlekiem twem wyssałem zapalczywy ogień pragnień, zmysłowego szału, który zniweczył we mnie wszystko, któremu oprzeć się nie zdołałem, i upadłem tak nisko... tak... nisko!
Nie mogłem odmówić sobie posiadania kobiety, którą ukochałem, bo w żyłach mych płonęła, jak lawa twych, matko, ojczystych wulkanów, krew dzieci południa, bo natura ich gwałtowna, przewrotna, bez niezłomnych uczciwości zasad, zakorzeniła się w mej istocie... Podeptałem wszystko... wszystko...
- Matko, tyś temu niewinna, ja wiem, tyś niewinna! - skarżył się dalej Roman, przepraszając jakby, - ale, czemuż twym wpływem, kiedy ojca straciłem tak wcześnie, nie starałaś się złagodzić we mnie tej natury narodu twego? Dlaczego nie mogłaś wytępić ze mnie złego ziarna? Czemu?.. czemu?.. czemu?..
I pytanie to Dzierżymirskiego ostatnie, rozpaczliwe, uleciało, półpokorne, półgroźne jakby i zamarło w ciszy!