Z trudnością przeciskając się pomiędzy dwoma sznurami ciekawych na chodnikach, wspaniały po­grzebowy korowód oddalał się tymczasem stopniowo w perspektywie ulicy, - wreszcie księża, karawani i dążące za trumną tłumy skręciły w lewo, i po pe­wnym czasie znikły...

Na pierwszorzędnej ulicy w mieście przywró­cono ruch natychmiast. Z bocznych ulic wysypały się dziesiątki zatrzymanych dotąd pojazdów, potoczyły się, dzwoniąc, ponownie tramwaje, zadudniły dorożki, omnibusy - do spowodowanych ściskiem wy­padków kilku, wpadło na ruchliwą arteryę grodu wezwane Pogotowie Ratunkowe, donośną na trąbce pobudką torując sobie drogę!

Uroczysty nastrój sprzed chwili pierzchł bez­powrotnie. Szerokiem korytem życie brutalnie de­ptało śmierci widmo - w codzienną szatę gorączka codziennego bytu przyoblekło się wszystko dokoła.

Na ustach tylko, snujących się po trotuarach przechodniów, biernych widzów żałobnego konduktu, błąkało się jeszcze nazwisko Dzierżymirskiego, roznosiciele zaś dzienników zaroili się niebawem, a ko­rzystając z chwilowego nastroju publiczności, sprze­dawać poczęli z powodzeniem nadzwyczajne dodatki do gazet, z portretem i życiorysem zmarłego.

*************************************************

Minął rok czasu...

Powodzią świateł w mglisty wieczór pierwszego Listopada gorzał cmentarz miejski rozległy, i roje ludzi tłoczyły się na nim. Poukładane wzorzyście paliły się na bogatych grobach i ubogich mogiłkach kolorowe lampiony, kwiaty i wieńce stroiły umar­łych zakątek...

Przy grobowcach niektórych, ubranych wspaniała, nie było żywej duszy. Przy innych formalne odbywały się zebrania. Środkiem zaś ulicy wystrojony, "szykowny", a przeważnie bezmyślny, wśród dowcipów brukowych, wygłaszanych donośnie, spa­cerował tłum ciekawskich obojętny.

Tu i tam z rzadka czerniała przy świeżym po­mniku postać schylona, zadumana tęsknie, cierpiąca... Tam i ówdzie na skromnej mogiłce, w bardziej oddalonej cmentarnej alei, szlochała cicho jakaś kobiecina, gdzie indziej znów klęczący syn, czy mąż, samo­tny, modlił się, lub nie widząc nic zgoła, nie sły­sząc, zapatrzony w ból własny - połykał łzy.

W samotnej bocznej alei cmentarza wesoła mło­da para, pochylona wzajemnie, szeptała sobie czułe czule słówka mijając obojętnie groby, a pomiędzy innymi i mogiłkę jedną darniową, skromniutką... Zapłakana dziewczynina kilkunastoletnia, ze złożonemi pobożnie rączkami, klęczała na niej i sama jedna, biedziła się w tej chwili z jedyną zapaloną, a gasnącą za każdym podmuchem wiatru, świeczką, którą, wespół z dziesięciogroszowym z choiny wianuszkiem, i białym wielkanocnym barankiem - ustroiła grobek matuli.