Umilkła od paru minut Ola trwożnie przylgnęła główką do ramienia Romana.
- Brr! straszno tu jakoś... - szepnęła.
- Nic, kochanie - odparł Dzierżymirski, musnąwszy pocałunkiem jej włosy - zaraz dojeżdżamy.
Nieprawdaż, że już blizko? - zwrócił się do gondoliera łamanem włoskiem narzeczem.
- Si, signore. - odparł żywo zapytany, a nudząc się znać, bo z cudzoziemcem gawędzić nie mógł, zanucił półgłosem jakąś smętną piosenkę.
Ubrany całkiem biało, wahadłowym ruchem przechylając się bezustannie przy wiosłowaniu w prawo i lewo, na tle otaczających ciemności, czynił on wrażenie fantastycznego zjawiska, głos zaś jego monotonny błąkał się po kątach i odbijał dziwnem echem o mury, oraz zakratowane okna w swym śnie zaklętych jakby domów. Roman milczał.
Ujmując dłoń i tuląc miękko w objęciu Olę, wsłuchiwał się w ten śpiew jednostajny, mrukliwy, i dziwnego doznawał wrażenia. Zdawało mu się mianowicie, że on nie do cywilizowanego, dzisiejszego, ale jakiegoś zbójeckiego z zamierzchłej przeszłości dojeżdża grodu; że ucieka, kryje się tu ze swym porwanym, czy też skradzionym łupem... Oto z ciemnych zaułków i kątów śpiącej Wenecyi wysuwają się po prostu jakby wyraźne jakieś cienie, mary, czy odbicie dawnych zbrodni, mordu i gwałtów, tak licznych w historyi krwawej tego dziwnego miasta...
- A ňel! *) - rozległ się nagle tuż za Dzierżymirskim krzykliwy głos gondoliera, i łódź jednocześnie zboczyła w zaułek ciemny.
[*) Uwaga!]
- Sia-stali! *) - przeciągle odpowiedział ktoś z innej gondoli.