Niedyskretne, ciekawe, promienie księżyca zaszkliły się jasnem światłem na taflach szyb hotelowych, dawnego pałacu Dandolo. Zatrzymały zda się dłużej przy jednem oknie i pomknęły znowu obojętne w dal...

A posągowo uśmiechnięte, wiecznie tak samo szerokie oblicze księżyca nie zmieniło wcale wyrazu.

Bo cóż go zaiste, obchodzić mogło tych dwoje ludzi, którzy przybyli aż tutaj po ułudę rozkoszy? Cóż znaczyły dlań dwa serca, zrywające wspólnie kwiat miłości i zapomnienia?

On, filozof, wszak w swem życiu prawiecznem widział podobnych zdarzeń aż nadto wiele; on znał nicość tych chwil, umiał na pamięć kochanków zaklęcia i ich nieraz słomiane zapały, gasnące za życia podmuchem - pod rzeczywistości bezlitosną ręką. Wiedział również, że zapały te same, odegrzane częstokroć i ożyłe, kiedyś, w przyszłości, obosiecznem cięciem ranić może będą tych samych ludzi, skierowane do jednostek innych, zarówno łaknących uczucia i użycia...

Powiewna chmurka pieszczotliwie przytuliła się do twarzy księżyca i przesłoniła go leciutko, kaskada zaś miesięcznych promieni, zbladłszy, niepewnym, migotliwym blaskiem zalała uśpioną Wenecyę.

W tej samej chwili dwie jakieś postacie, zbliżone do siebie, zamajaczyły poza taflą jednego z okien hotelowych, i dwie głowy, dotykając się wzajemnie, zapatrzyły się we wdzięczny krajobraz laguny i morza, zamglonych chwilowo półświatłem, oraz cieniami księżyca.

I postawszy tak długą chwilę, jakby rozmarzone, znikły niebawem, splecione w uścisku, niezdolne napawać się długo poza sobą niczem, nawet pięknem przyrody...

W ślad prawie zatem nastała ciemność nieprzejrzana i zapanowała nad miastem pamiątek.

---------

Zadumany i jakby tęskny tulił się zmierzch szary do ścian kamienic wielkiego miasta, do witryn wspaniałych sklepów jego, pełzał u podnóży pomników, ścierał kontury gmachów kościołów - wszystko dokoła pogrążał w mroki i cienie.