- Dobrze, moje życie, jedziemy!.. - odparł wesoło Roman.
Jak na zawołanie, w tej samej chwili Dzierżymirscy usłyszeli za sobą kilka okrzyków, silnie akcentowanych na pierwszej sylabie: "Gón-dola,. gón-dola signore... gón-dola!.."
Na lewo, obok idących, znajdowała się "Piazzeta", a naprzeciw wznoszącego się majestatycznie pałacu Dożów, największa przystań gondolierów.
Dzierżymirski, wybrawszy jednego z licznych, napraszających się przewoźników, podszedł ku przystani, gdzie wespół z Olą usadowił się niebawem w gondoli.
- Serenada, Canale Grande! - rzucił ubranemu biało Włochowi.
"Rematore"*) uderzył w wiosła, i gondola z wolna, cicha, wysunęła się z pomiędzy dziesiątek innych, a kołysząc się na, czarnej fali kanału, pomknęła we wskazanym kierunku. Roman objął kibić żony i począł muskać delikatnie ustami jej oczy, czoło, szyję i usta. Ona zaś uchylała się wciąż figlarnie, szepcząc:
[*) Wioślarz.]
- Wstydź się... gondolier patrzy...
Lecz mężczyzna nie przestawał. Kilkakrotnie usta ich złączyły się w pocałunku gorącym, długim, od którego zadrżeli oboje, z ust Romana sypały się ciche i urywane, dyszące uczuciem i namiętnością, pieszczotliwe wyrazy...
A wkoło nich, szeleszcząc uderzeniami wioseł, sunąc również, jak i oni cicho, mknęły, migocząc kolorowemi światełkami, gondole, zmierzając wszystkie w jednym kierunku - ku Wielkiemu Kanałowi, całemu rozbrzmiewającemu w tej chwili, jak harfa ruszona śpiewem i muzyką. Oświetlone, ubrane kolorowemi, papierowemi latarniami, migały w oddali wielkie gondole, a raczej statki małe, tak zwane „serenady", na których orkiestry cale grajków i śpiewaków-samouków popisywały się ze swym wrodzonym, a rzetelnym nawet częstokroć artyzmem.