Z ludzką twarzą, to prawda, spoglądać się zdaje na widza, lecz oczy jego przymknięte nieco, skupienia i zadum pełne - znieruchomione w nadziemskim spokoju, ciszą zaświatów, wieczności milczeniem i by­tu zagadką, nęcą oto wyraźnie, wzrok ciągną za sobą, unoszą duszę, myśl... gdzieś w strefy nadziemskie do nieba!...

A z prawej znów strony grobowca, jakby z zie­mi, ze świata, wolno suną jakieś postacie, zmierza­jąc do otwartych na ścieżaj wrót sarkofagu...

Pierwsza z nich, proporcyonalnie do innych, większa, kobieta młoda, jest już tuż blizko, u grobu prawie, w ślad za nią, z girlandami kwiatów, postępują postacie mniejsze - to dziatki.

Idą... Kroczą, z pochyloną głową, przygnębieni, smutni, niebawem już cisi przestąpią oni próg grobowca...

- Chodźmy! - szepnęła Ola pociągając lekko Romana za rękę.

Z widoczną niechęcią, jakby nie mogąc oder­wać wzroku od pięknego pomnika, poruszył się Dzierżymirski, i wyrzekł półgłosem:

- Czy już obejrzeliśmy tutaj wszystko?

- Zdaje mi się, że wszystko - odpowiedziała Ola.

W pustej i cichej świątyni rozlegały się wyraźnie ich kroki, ­prócz nich bowiem obecnie nie było tu nikogo.

Dzierżymirski wyjął zegarek.