Przy dźwiękach bo oto grającego obecnie nad nimi dzwonu-olbrzyma, jakieś zwątpienia obsiadły nagle ich dusze, a czar, tam, na górze, odczuty - niknął, wewnętrzne zadowolenie i napięcie duchowe słabło!..
Lecz czyż to złudzenie? Wszak głos tegoż samego dzwonu jest teraz jakimś całkiem innym, odrębnym; to nie ten na górze, wysoko!
Tamten, pełen otuchy, dodawał odwagi, wzmacniał. A ten, wstrząsając murami wyniosłej wieżycy, błąka się gdzieś tylko po jej zakamarkach, szczelinach, taki odmienny, ponury, smutny...
I pod jego wpływem, jakby pod działaniem czarodziejskiej siły, w myślach Dzierżymirskich, każdemu z osobna, zaszumiały znowu wyrzuty sumienia.
Jej, Oli, stanęła przed oczami, jak żywa, marsowa twarz ojca, i jego spojrzenie smutne, wyrzutów pełne. Źrenice rodzica wyraźnie przytem zdawały się skarżyć, mówić: Ja cię kochałem, drogie dziecię, a ty tak pogardziłaś mną, zraniłaś tak dotkliwie i boleśnie!
Romanowi zaś tak żywo przypomniała się z przed laty chwila pewna, iż zdziwił się sam niepomiernie. Swą ubogą izdebką z przed laty, straszną noc walki ze sobą samym, i zwycięstwo złota ujrzał tu w Campanili-wszystko!..
A dzwon tymczasem huczał coraz bardziej, i przytem coraz jakby sroższy i bezwzględniejszy, surowszy... Dzierżymirscy bezwiednie, w mimowolnej po prostu obawie przed tym głosem karcącym z wysoka, pospieszniej w dół schodzić poczęli.
Cienie wieczorne kładły się już po pustych zakątkach starej, jak świat, wieżycy, mroki tajemnicze pełzały tu swobodnie. Przy dźwiękach dzwonu, który wciąż trząsł jej ścianami, wśród ciemniejącej stopniowo, a zamkniętej w nich pustki, schodziła, spuszczając się coraz szybciej, zniżała się para młodych.
Wreszcie zmierzch szary pochłonął zgrabne postacie, i zapanował bezpodzielnie w Campanili. Jednocześnie o jej mury odbiło się echo ostatniego uderzenia dzwonu, niby ostatnie dla Dzierżymirskich przypomnienie przeszłości...
W ślad za tem uspokoiło się wkrótce wszystko.