Zadowolenie, połączone z ciekawością osiadło na twarzy staruszki.

Bolesław Krasnostawski, syn szkolnego kolegi nieboszczyka marszałka, a zaprotegowany ongi przez nią samą na zajmowaną dotąd posadę ogólnego i głównego zarządcy dóbr pana Januarego, nareszcie więc przynosił jej wiadomość o bracie!..

Młodzieniec, lat dwudziestu ośmiu, ciemny bru­net, ogorzały i przystojny, z dziarsko do góry podkręconym wąsem, stanął na progu.

- Sługa pani marszałkowej, moje uszanowa­nie - przemówił swobodnie, i podbiegłszy, ucałował z szacunkiem rękę staruszki.

Ubrany był niewykwintnie, ale starannie i czy­sto, ruchy zaś jego, oraz sposób mówienia, zdradza­ły człowieka, choć nie obytego może zupełnie z wytworniejszem towarzystwem, lecz dobrze wychowanego.

- Kochany mój panie Bolesławie, - zaczęła staruszka, zwracając się dobrotliwie ku przybyłemu­ - siadaj, proszę, i mów, mów jak najprędzej, co sły­chać?..

Młody człowiek, widząc zaniepokojenie w oczach matrony, wyrzekł pośpiesznie:

- O, nic złego... zupełnie nic złego, pani mar­szałkowo, ale... i nic również dobrego - dokończył wahająco i ostrożnie.

- Jak to?.. -- zapytała pani Melania. Krasnostawski oczy spuścił, i ukrywszy je po za swemi, jak u kobiety, długiemi rzęsami, mówić czął zwolna:

- Pani marszałkowej wiadomo, zarówno jak i mnie, co za cios dotknął pana Gowartowskiego, z powodu panny Oli...